Archiwum | ja RSS feed for this section

Aviarowy urlop rozpoczęty

26 mar

Miesiąc po skończeniu studiów, dokładnie 1 listopada 2004 zaczęła się moja przygoda z Aviary.pl. Na początku jako wolny strzelec, od 27 sierpnia 2006 jako członek zespołu, a od 13 kwietnia 2008 jako szef grupy.

Ponad 6 fantastycznych lat

To było ponad 6 niesamowitych lat intensywnej pracy, nauki, ale i zabawy. Ja patrzę na to z perspektywy czasu, to nawet na mnie robi to wrażenie.

Ta praca to ponad 750 zgłoszonych błędów w bugzillach, udział w prawie 3000 dyskusji i tysiące godzin poświęconych tłumaczenia, QA, przygotowywanie spotkań i innych.

Z kolei zabawa kojarzy mi się przede wszystkim z luźnymi dyskusjami na IRC-u i z naszymi spotkaniami co pół roku. A te z kolei kojarzą mi się z Wii, PlayStation, kręglami, grami planszowymi, ze świętowaniem (szampany, torty). Zresztą aviarowe spotkania to osobny temat – jeśli ktoś nie był na dwóch (lub chociaż na jednym), to pewnie ciężko będzie mu zrozumieć dlaczego tak się tym ekscytuję. Są one wyjątkowym połączeniem pracy i zabawy – w dzień skupiamy się nad pracą, jaką mamy do zrobienia, a wieczorami odpoczywamy bawiąc się.

No i nauka. Na studiach nie uczyłem się o lokalizacji, zarządzaniu, o tym jak wygląda praca w zespole rozproszonym po całym świecie. A z tym wszystkim mamy do czynienia w Aviary.pl. Zatem trzeba trochę improwizować, kierować się intuicją, ale i odwiedzać od czasu do czasu księgarnię :-)

Czas odpocząć…

Najwyższy czas na odpoczynek. 6-miesięczny odpoczynek. Przekazałem wszystkie swoje aviarowe obowiązki innym i 2 dni temu rozpocząłem półroczny urlop. Jest tylko mały wyjątek – obiecałem zjawić się na kwietniowym spotkaniu. Zespół jest w dobrych rękach (Joasia Mazgaj mnie zastępuje), rekrutacja idzie pełną parą, więc jestem dobrej myśli.

…i poszukać nowych wyzwań

Ponieważ jestem chyba nieprzystosowany do nicnierobienia powoli rozglądam się za nowymi wyzwaniami :-) Jakieś propozycje?

7 rzeczy, których być może o mnie nie wiecie

17 sty

W sieci trwa jakieś twitterowe szaleństwo pt. 7 things you may (or may not) know about me. Marek wywołał mnie do tablicy, więc niech będzie. Tyle, że po polsku.

  1. Jestem członkiem Free Software Foundation.FSF Membership Card

    Przymierzałem się do wstąpienia do tej organizacji kilka razy, choćby dlatego, że zajmują się problemami, które mnie bezpośrednio dotyczą. Takim punktem krytycznym był zakup trzypłytowej kolekcji The Ultimate Bourne Collection, wydanej przez Universal Studios i Tim Fim Studio. Wszystko naprawdę bardzo ładnie wydane za około 100 zł. Problemy zaczęły się, gdy chciałem sobie zrobić kopię tych płyt. Nie dało się. Dostrzegłem wtedy na płycie logo: Copy Protected – Macrovision. No ładnie… Wydałem tyle pieniędzy i nawet nie mogę zrobić kopii. Oczywiście wszystko co można zobaczyć i usłyszeć można też skopiować, dlatego trochę się pomęczyłem, ale po paru godzinach udało mi się dojść do tego, jak to zrobić. Kopie w końcu wykonałem. To nie koniec, dostrzegłem na okładce napis mówiący, że nie mogę tej płyty wywieźć za granicę, ani nawet sprzedać bez zezwolenia wytwórni! Pozostał niesmak i wnioski:

    • Wytwórnia płytowa traktuje swoich klientów, jak potencjalnych przestępców, którzy kupią płytę, po to by sprzedawać jej powielone egzemplarze na Stadionie Dziesięciolecia.
    • Nie warto kupować filmów na DVD.
    • Wydawca płyty i tak poniósł stratę – skutecznie zniechęcił mnie do zakupu kolejnych płyt, poza tym poinformowałem kilkudziesięciu znajomych, że mam taką kolekcję i chętnie ją pożyczę (tylko po to, by jej przypadkiem nie kupili).
  2. Interesuje mnie komunikacja miejska. Często zaglądam na Encyklopedii Krakowskiej Komunikacji i czytam różne inne strony poświęcone tej tematyce.
  3. W szkole podstawowej wraz z kolegą wydawaliśmy gazetę Szok. Jak na szkolną gazetę było to przedsięwzięcie nietypowe. Konkurowaliśmy z gazetą samorządu, utrzymywaliśmy się (i to całkiem nieźle) z reklam. Pisaliśmy nie tylko o szkole, dużą część numerów zajmowały przedruki z Wiedzy i Życia, Why Not? i innych. Pamiętam też krytyczny artykuł o szaletach na miejskich plantach, budynku który latami straszył wyglądem z zewnątrz i wewnątrz. Dwa tygodnie po ukazaniu się artykułu został zrównany z ziemią… Dotarły do nas słuchy, że to nie przypadek i byliśmy z tego strasznie dumni. Ech… siła mediów ;-)
  4. Skoro już o mediach mowa – miałem też trochę wspólnego z radiem. W latach 1997-2000 prowadziłem fan klub RMF-u. Zajmowaliśmy się głównie organizacją imprez, w tym charytatywnych. Bardzo miło wspominam te czasy, ale w 2000 roku RMF FM się zmienił i przestało mnie to bawić. W 1999 roku (choć bardzo krótko) byłem pracownikiem lokalnego Radia Gama (sprzedawałem czas antenowy).
  5. Jestem fanem gier planszowych i często spędzam swój wolny czas grając w nie ze znajomymi. Ostatnio bardzo podoba mi się Wysokie napięcie.
  6. Choć jestem po studiach informatycznych i jestem z branżą IT związany od trzech lat, to nie wszyscy wiedzą, że poprzednio przez 6 lat byłem… agentem ubezpieczeniowym. Bardzo lubiłem tę pracę, może dlatego, że traktowałem klientów, jak znajomych, co sprowadzało się do tego, że nie sugerowałem im tego, czego sam bym nie kupił i – jeśli tylko był na to czas – rozmawiałem z nimi na przeróżne tematy. Pozdrawiam wszystkich byłych klientów :-)
  7. Parę lat temu kilka razy w tygodniu wstawałem o 5:30 rano (dzisiaj rzadko przed 9) i biegałem 12-15 kilometrów. Chciałem biegać coraz szybciej i szybciej, więc się nie oszczędzałem. Czasami przesadzałem i byłem tak wyczerpany, że kręciło mi się w głowie i miałem problem z normalną pracą :-) W końcu to zawiesiłem, ale może wrócę do tego w łagodniejszej formie. Aha, raz nawet wziąłem udział w zawodach w biegu na 10 km.

Czas odbić pałeczkę i podać listę  osób (i wcale nie 7), które miałyby napisać coś podobnego o sobie :-)

Pierwsze wrażenia z Hiszpanii

23 kwi

Od ubiegłego poniedziałku spędzam swój urlop w Hiszpanii, czas opisać pierwsze wrażenia. Będzie o hiszpańskich autobusach, autostradach, o znajomości języków, o branży IT, o jedzeniu, piciu i zabytkach.

  1. Znajomość języków obcych
  2. Hiszpanie znają każdy język obcy, pod warunkiem, że jest to hiszpański. Tyle słyszałem przed przyjazdem. W Madrycie trzeba było kupić bilety na autobus do Salamanki. Poprosiłem więc o dos billetes a Salamanca para el proximo autobús w kasie biletowej. Niestety pan w kasie postanowił o coś zapytać i plan kupienia biletów używając hiszpańskiego się rozsypał. Na szczęście okazało się, że facet mówi po angielsku (to był miły wyjątek), więc poszło łatwo.

    Zauważyłem, że najlepiej nie pytać Hiszpanów czy mówią po angielsku, tylko od razu mówić do nich w tym języku. Często jest tak, że zrozumieją, ale odpowiedzą po hiszpańsku. Dlatego przydaje się – choćby mierna – znajomość podstaw hiszpańskiego.

  3. Autobusy
  4. Zawsze, kiedy tylko miałem wybór, wolałem podróżować pociągami zamiast autobusami. Mój punkt widzenia zmienił się troszkę w ostatni poniedziałek, kiedy przejechałem się z Madrytu do Salamanki autobusem firmy Auto Res. Autobus z zewnątrz wyglądał standardowo, ale najważniejsze było to, co w środku. Wygodne, miękkie, regulowane skórzane fotele, każdy z osobnymi podłokietnikami, możliwość wpięcia słuchawek obok fotela i słuchania jednej ze stacji radiowych (skorzystałem) i dużo miejsca na nogi. I co najważniejsze: nie cztery (jak we wszystkich autobusach, którymi jechałem), a trzy miejsca w rzędzie. Dzięki temu wspomniane fotele mogły być szerokie. Przejechanie z Madrytu do Salamanki (ponad 200 km) kosztuje 17,40 € (ok. 60 zł przy obecnym kursie) i zajmuje 2,5 godziny. Większość trasy jedzie się czteropasmową autostradą. To naprawdę była przyjemna podróż.

  5. Strony internetowe
  6. Polscy informatycy mogliby robić w tym kraju karierę. Może mam pecha i trafiam akurat na różne dziwactwa, ale jeśli tak tutaj wyglądają i działają wszystkie strony internetowe, to jest katastrofa. Opiszę tu tylko kilka przypadków, bo różne przeszkody spotykałem na każdym kroku. Zacząłem się nawet przyzwyczajać do hiszpańskojęzycznych komunikatów „Nie znaleziono” i „Strona w budowie”, bo spotykałem je niemal wszędzie. Zacznijmy od wspomnianej ww. firmy, tej ze wspaniałymi autobusami. Ta firma ma akurat stronę, do której najmniej można się przyczepić, ale od niej zaczęła się moja przygoda z hiszpańskim Internetem. Wspomnę tylko krótko. Rozkład jazdy wykonany we Flashu:

    Rozkład jazdy - formularz wykonany we Flashu

    Działa to tak – wybieramy miejsce skąd odjeżdżamy, system wyszukuje w bazie danych i wstawia wszystkie kierunki, do których można dojechać w pole Destination, uzupełniamy resztę i mamy rozkład. Udało mi się tym wyszukać połączenie z Madrytu do Salamanki, ale z Salamanki do Zamory było już gorzej – w końcu się poddałem, bo system odmawiał współpracy. Twierdził, że źle wybrałem taryfę albo że nie ma takiego połączenia. Niezależnie od daty i taryfy (próbowałem wiele razy). Na tych stronach też udało mi się trafić na No se encuentra la página, kiedy szukałem informacji o ich wspaniałych autobusach. Postanowiłem zerknąć na stronę firmy Samar. Pojawiło się prymitywne flashowe intro. Poczekałem chwilkę i…

    Nie znaleziono strony - Samar

    Strona główna dużego przewoźnika się nie wyświetla. I nie jest to czasowe, sprawdzałem w odstępie kilku dni. OK, poszukałem innego przewoźnika. W Hiszpanii działa również Eurolines. Przeszedłem na stronę z rezerwacją online i zobaczyłem ładny komunikat:

    Lista wymagań, by skorzystać z rozkładu - strona wymaga m.in. Javy Microsoftu

    Ładne wymagania, prawda? W pierwszej chwili pomyślałem, że wystarczy, że zamienię na chwilę Firefoksa na Internet Explorera, ale okazało się, że jeśli klikniemy na Iniciar reserva, to nie wiele zdziałamy bez Javy Microsoftu, której sam Microsoft już nie udostępnia… A bez tego serwis nie działa w żadnej przeglądarce.

    To może jakiś mniejszy przewoźnik, np. Autobuses García?

    Strona firmy Autobuses García - obracający się znak robotów drogowych z podpisem Página en Construcción (strona w budowie)

    Może jednak nie…

    No dobra. Wybieram się do Barcelony. Postanowiłem poszukać biletów na superszybką kolej. No i…

    Nie udało się nawiązać bezpiecznego połączenia (w1.renfe.es używa nieprawidłowego certyfikatu bezpieczeństwa)

    Dodałem wyjątek bezpieczeństwa, ale potem zaczęły się inne problemy. Firefox zablokował mi pop-upa, który miał się pojawić po wpisaniu numeru karty kredytowej i kliknięciu przycisku Purchase (albo coś w tym rodzaju). Pozwoliłem stronie otwierać pop-upy, ale problem się nie skończył. Nic się nie działo, więc ponownie kliknąłem na Purchase, otrzymałem po hiszpańsku komunikat mówiący, że dane są przetwarzane. Hmm… Odświeżyć stronę czy nie? Jeśli to zrobię to czy nie kupię kolejnych biletów ponownie? Zaryzykowałem. Zobaczyłem blokowane wcześniej wyskakujące okno. To było zapytanie o numer CVV karty płatniczej. Uff… Podałem. Coś tam się ładowało, ładowało i:

    Komunikat: Error in the operation... The process cannot continue right now. We apologise for any incovenience (G001)

    Mam nadzieję, że za to nie zapłaciłem… Bilety udało się w końcu kupić, używając innej karty.

    I tak dalej, i tak dalej…

  7. Salamanka, Ávila, El Escorial i Valle de los Caídos
  8. Mająca 22 stulecia Salamanka jest piękna. Wszechobecny piaskowiec robi niesamowite wrażenie. Chodzi się po mieście i widzi się wszystko w tym samym złocistym kolorze. O zabytkach nie zamierzam się rozpisywać, bo właściwie mógłbym pisać tylko o tym. Wspomnę tylko o jednej budowli.

    Czymś, co wywołało mój największy podziw jest budowana ponad 200 lat Catedral Nueva.

    Catedral Nueva, widok z zewnątrz

    Katedra jest ogromna. Wszystko wspiera się na 40 gigantycznych filarach, prawie tylu samu przyporach. Po wejściu do środka człowiek jest tylko malutkim stworzonkiem.

    Coś, co mnie zaciekawiło, a o czym pewnie nie piszą przewodniki jest sygnalizacja świetlna dla pieszych. Zielone światło przedstawia animowanego, idącego człowieczka (a nie statyczny obraz, jak w typowej sygnalizacji), wtedy też wyświetla się czas (w sekundach), przez jaki będzie się paliło to światło. Dodatkowo, na niektórych skrzyżowaniach montowane są malutkie podłużne światełka w krawężniku chodnika. Szkoda, że jeszcze nie gada, jak ta sygnalizacja w Legnicy.

    W Ávili mają chyba jakąś nowszą wersję tej sygnalizacji. Gdy zielone światło będzie paliło się jeszcze tylko 5 sekund – animacja się zmienia – zielony, idący sobie człowieczek, zaczyna biegnąć. Naprawdę zabawnie to wygląda. Samo miasto słynie z murów obronnych, które otaczają całą część starej części miasta i katedry wbudowanej w te stare (budowane od 1090 roku) mury.

    O El Escorial wspomnę tylko, że jest tam do zobaczenia zamek z pięknym ogrodem.

    Valle de los Caídos – dolina poległych, gigantyczne mauzoleum, upamiętniające ofiary wojny domowej w Hiszpanii w latach czerdziestych ubiegłego stulecia, szkoda, że w środku nie można robić zdjęć. Wyglądem przypomina to ogromny hangar wykuty w skale i robi niesamowite wrażnie. Po więcej informacji odsyłam do polskiej i angielskiej Wikipedii.

  9. Jedzenie i picie
  10. Jeśli chodzi o jedzenie, to miałem pewne obawy, po tym co podano do jedzenia w Spanair (okropne sandwiche). Na szczęście obawy się nie potwierdziły. Kilka ciekawostek. Pierwszego dnia spróbowałem nie lokalnego, a chińskiego jedzenia. Szokiem była dla mnie cena. Każdy składnik dania podano na osobnym talerzu, zresztą na jednym by się nie zmieściło, bo było tego dużo. Kurczak z migdałami, pyszna sałatka, ryż. Do tego lampka wina i deser owocowy Macedonia (małe kawałeczki brzoskwinii z czymśtam). To wszystko kosztowało zalednie 5,45 € (czyli trochę ponad 18 zł).

    Z hiszpańskich ciekawostek, to najchętniej zaimportowałbym do Krakowa dwie rzeczy. Pierwsza to tapas. To takie malutkie ciepłe przekąski, najczęściej bułeczki (właściwie pół bułeczki) z zapiekaną szyneczką, bekonem, serem, występujące w różnych odmianach. Można też spotkać wersję z niespodzianką – nadzienie jest ukryte wewnątrz bułeczki – żeby dowiedzieć się z czym jest trzeba ją przegryźć. Podają to jako przekąskę np. do piwa. Ja spróbowałem tego w El Colonial, jako dodatek do hiszpańskiego napoju alkoholowego – sangrii.

    Jest jednak coś lepszego. Pewnego wieczoru zajrzeliśmy do Bar el Montadito na Calle de Van Dyck. Nietypowy jest już sam sposób zamawiania. Siada się przy stoliku, bierze kartę z menu i wpisuje się obok liczbę zamawianych rzeczy, dopisuje się swoje imię i podchodzi się z tą kartką do baru, płaci się i czeka. Gdy wszystko jest gotowe z głośników w lokalu dobiega imię, które wpisaliśmy na kartce. Podchodzi się do baru, odbiera zamówione pyszności i zaczyna się jeść. Specjalnością jest pincho moruno, pyszne grillowane, dobrze doprawione szaszłyki, dobre jak kiełbaski pod Halą Targową w Krakowie, poza tym patatas bravas – zapiekane ziemniaczki z dwoma rodzajami sosu – a także montaditos, bułeczki z mięsem (choć nie tylko) i serem, takie większe tapas. Po prostu przepyszne. Do tego wszystkiego zamówiłem lane piwo z napojem cytrynowym (to jest naprawdę niezłe).

  11. Pogoda
  12. W rejonie Kastylii w zeszłym tygodniu strasznie lało i było strasznie zimno. Zimniej niż w Krakowie. Wstępna prognoza na poprzednią niedzielną noc mówiła nawet o -3°C (!), na szczęście się to trochę zmieniło. W ogóle trzeba tutaj uważać jak się ubiera. Bardzo przydaje się szalik. Nawet, gdy świeci słońce i jest ponad 20°C warto ten szalik ze sobą zabrać. Idzie się ulicą, jest gorąco, nagle po przejściu 50m słońce gdzieś znika i wieje zimny wiatr, po kolejnych 50m znów grzeje słońce itd. Łatwo się przeziębić w taką pogodę.