Archiwa tagów: podróże

EU MozCamp w Berlinie już za nami

17 lis

W ubiegły weekend w Berlinie miał miejsce MozCamp Mozilli. Czas na małe podsumowanie

Berlin

Z Berlina najbardziej zapamiętałem, że jest strasznie zimno… W tej sytuacji bardzo przydały się szaliki rozdawane później przez Mozillę.

Z Markiem przybyliśmy dzień wcześniej i mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie. Byliśmy na Siegessäule (kolumna zwycięstwa w Tiergarten), skąd jest niesamowity widok. W tym miejscu w przed kilkanaście początkowych lat odbywała się słynna Love Parade.

Ślad przebiegu muru berlińskiego

Ślad przebiegu muru berlińskiego

 

Obejrzeliśmy Bramę Branderburską, Reichstag (niestety nie weszliśmy do środka, bo trzeba się wcześniej zarejestrować), zarys dawnego muru berlińskiego, Berlin Hauptbahnhof (szkoda, że dworce w Polsce tak nie wyglądają), Checkpoint Charlie i DDR museum (które – ciekawostka – inaczej niż większość muzeów w Berlinie jest w prywatnych rękach), dużo lepsze niż Muzeum Komunizmu w Pradze.

Friday Welcome Party

Piątkowy wieczór spędziliśmy na mozcampowym przyjęciu powitalnym, gdzie m.in. można było obejrzeć film Code Rush, o uwolnieniu kodu źródłowego przeglądarki internetowej Netscape i – tym samym – narodzeniu się Mozilli.

Sobota i niedziela

Na prezentacjach było dużo mowy o zmianie cyklu produkcyjnego na szybszy 6-tygodniowy, były też pokazy nowych możliwości Firefoksa i demo Firefoksa na Androida z natywnym UI (dzięki czemu czas startu drastycznie zmalał).

Była też godzina przeznaczona na prezentację społeczności mozillowych (w tym Aviary.pl i MozillaPL.org). Ja i Marek odbyliśmy szkolenie medialne (bardzo ciekawe).

Trochę czasu zostało poświęcone programowi Mozilla Reps.

Stanisław Małolepszy przy mównicy

Stanisław Małolepszy podczas prezentacji

Staś opowiedział o nowym programie World Ready, dzięki któremu kampanie Mozilli mają uwzględniać różnice kulturowe i społeczność ma być w nie zaangażowane już na wczesnym etapie powstawania.

W ramach Leaders Q & A najważniejsze osoby z Mozilli odpowiadały na pytania społeczności.

Dwie sesje były przeznaczone na prezentacje społeczności. Najpierw weterani: Mozilla Italia, my (Aviary.pl), Mozilla Russia i Mozilla Hispano, a potem nowopowstałe społeczności. Slajdy z prezentacji Marka możecie zobaczyć na stuff.marcoos.com.

To co wymieniłem powyżej to zaledwie mały fragment wszystkiego. Pełną listę prezentacji można zobaczyć na mozillowym wiki.

Z takich miłych rzeczy: w sobotę zjedliśmy kolację w Weihenstephaner, a w niedzielę było grupowe zdjęcie.

MozCamp bardzo udany i dobrze zorganizowany.

Spotkanie we Florencji zakończone

1 paź

Jak już wspominałem – w ubiegły weekend Aviary.pl spotkało się we Włoszech, we Florencji.

Mogłoby się wydawać, że spotkania aviarowe muszą być strasznie nudne, skoro ciągle wyglądają podobnie. Tak się jednak nie dzieje, każde kolejne wiąże się z nowymi atrakcjami (niekoniecznie oczekiwanymi). Przez wiele lat przerywnikiem na krakowskich spotkaniach było Wii, potem PlayStation i gry karciane (Lipie, Warszawa), frisbee (Warszawa), uczty kulinarne (Kraków, Warszawa), brak zasięgu sieci komórkowych, ognisko, długi spacer po lesie (Lipie), torty, szampan (Kraków), dojazd prowadzący niemal przez bezdroża (Lipie) i inne.

Tym razem nowością było to, że wyjechaliśmy poza Polskę. Padło na Florencję i spotkanie wraz z Mozilla Italia. Spotkanie trwało pięć dni (od piątku do wtorku), przy czym pierwszy i ostatni dzień były przeznaczone głównie na podróż.

W sobotę zaczęliśmy od wymiany doświadczeń. Iacopo Benesperi i Stefano Tintorini opisali jak we Włoszech wygląda lokalizacja, ja opisałem jak u nas.

Iacopo Benesperi

Iacopo Benesperi (Mozilla Italia)

 

Sposób działania Mozilla Italia (gdzie samą lokalizacją zajmuje się 6 osób) przypomina mi mniej więcej to, co działo się w Aviary.pl, gdy liczyło kilka, nie ponad 20 osób (jak teraz).

Stefano Tintorini

Stefano Tintorini (Mozilla Italia)

 

Ich atutem jest mały zespół, który może szybciej reagować, gdy trzeba coś dodatkowo przetłumaczyć. To jest coś, czego możemy się od nich nauczyć. Z drugiej strony nie tłumaczą wszystkiego (z racji zasobów), a skupiają się na tym co jest ważne.

Po lunchu zrobiliśmy retrospekcję. Wyszło, że najważniejszym zadaniem jest zaktualizowanie i poprawienie stron informacyjnych dla rekrutowanych i przyjmowanych osób. Rekrutacja do Aviary.pl obrosła już zresztą w legendy i chyba muszę się zebrać i napisać jak to naprawdę wygląda. Wieczorem zjedliśmy pizzę w Funiculi i tak dzień się skończył.

W niedzielę dokończyliśmy retrospekcję i zabraliśmy się za pracę w grupach (robiliśmy QA informacji prasowej dot. wydania Firefoksa 7, Gandalf aktualizował nasze serwisy, Adrian wziął się za bugi w SeaMonkey, a Falka z Hakonem za nowo tworzoną stronę Bugzilla.pl). W międzyczasie odwiedził nas Chris Hofmann, Engineering Director z Mozilla Foundation poprzyglądać się jak pracujemy.

Chris Hofmann

Chris Hofmann (Mozilla Foundation)

 

Wieczorem spędziliśmy chyba najfantastyczniejsze chwile we Florencji – zjedliśmy kolację (składającą się z kilkunastu małych dań) w Trattoria 4 Leoni. Ten wieczór chyba całkowicie zdominował resztę spotkania…

Poniedziałek przeznaczyliśmy głównie na zwiedzanie. Po lunchu w świetnie zaprojektowanej restauracji Flet (przy Piazza de’ Nerli) wyruszyliśmy. Czasu nie było dużo, w dodatku okazało się, że akurat tego dnia większość atrakcji jest zamknięta.

Zwiedzanie Florencji, od lewej: Marek Stępień, Zbigniew Braniecki, Sara Prussak, Bartosz Piec, Staś Małolepszy

Zwiedzanie Florencji

 

Po pokonaniu wielu kilometrów znów mogliśmy delektować się jedzeniem. Wylądowaliśmy w I Ghibellini, gdzie wreszcie (po 3 dniach poszukiwań) mogłem zjeść włoską pizzę równie dobrą jak w krakowskim Pomodorino.

Spotkanie bardzo się udało, a najbardziej będziemy pamiętać z Florencji… jedzenie :-)

 

Via Verde, nietoperze w bibliotece i stuletnie wino czyli 11 dni w Portugalii

12 cze

W Portugalii spędziłem (a właściwie spędziliśmy, bo byliśmy we czwórkę) w sumie 11 dni. Napiszę trochę o tym pobycie. Może przydać się komuś kto wybiera się do tego kraju albo zastanawia się czy w ogóle warto.

Co warto zobaczyć i gdzie zjeść

Lizbona i Almada

Tylko nie samochodem

Jako, że w planach było podróżowanie po całym kraju – pierwsze co zrobiliśmy po przybyciu do Portugalii to było wynajęcie samochodu (w Guerin).  O ile do podróżowania po kraju auto jest świetnym pomysłem, to jeśli chodzi o samą Lizbonę – bardzo średnim. A jeśli wziąć pod uwagę historyczną część miasta – fatalnym. Bierze się to stąd, że w centrum ulice są jednokierunkowe, wąskie, strome i zapchane samochodami. Na dodatek czasem, gdy chcesz przemieścić się na sąsiednią ulicę musisz pokonać kilka kilometrów samochodem. W wypożyczalni polecam wykupienie pełnego ubezpieczenia, a jeśli podróżujesz własnym nowiutkim autem – trzymaj się z daleka od centrum. Większość aut (to nie jest przesada!) ma na karoserii ślady parkowania bądź przeciskania się przez te uliczki! Najlepiej mają właściciele smartów (a i te widziałem porysowane…)

Aha, parkując na ulicy często można spotkać ludzi, którzy chętnie wezmą od ciebie pieniądze (i powiedzą, że np. parkometr jest zepsuty). Plus jest taki, że mają auto na oku, minus – nieuiszczenie opłaty w parkometrze to proszenie się o mandat.

Nie wiem jak funkcjonuje metro, bo dalsze odcinki pokonywaliśmy samochodem (niestety!), a krótsze pieszo. Za to skorzystaliśmy raz z tramwaju. Żałuję, że tylko raz, bo ten środek transportu w tym mieście jest atrakcją turystyczną. Tramwaje w Lizbonie to starocie, które poruszają się po zabytkowych ulicach i pokonują dość duże wzniesienia. Na niektórych bardzo stromych uliczkach jeździ funicular (kolejka linowo-torowa) – szkoda, że nie miałem okazji się przejechać.

Zwiedzamy

Zaczęliśmy od Praça do Comércio, przy którym jest Arco da Rua Augusta (przechodząc pod tym łukiem znajdziemy się na ulicy, gdzie jest świetny sklep z winami, o czym już wcześniej wspominałem, jest tam i coś dla wybrednych – wina z początku XX wieku za 1600 €), potem obejrzeliśmy Sé de Lisboa (katedrę), pospacerowaliśmy po murach w Castelo de São Jorge (ciekawostka: wśród ludzi spacerują tam piękne pawie).

Lizbona - widok z Castelo de São Jorge

Lizbona - widok z Castelo de São Jorge

 

Po wyjściu z zamku zjedliśmy w Caminho da Ronda (Rua do Recolhimento 13), a potem udaliśmy się do Parque das Nações, dzielnicy apartamentowców (powstałej głównie w tym stuleciu) i budynków pozostałych po Expo’98. Nie udało nam się odwiedzić Torre Vasco da Gama (wieża jest w trakcie rozbudowy), a na inne obiekty brakło czasu. W dzielnicy tej jest też piękny Ponte Vasco da Gama – najdłuższy most w Europie, którym mieliśmy się przejechać dzień przed wylotem z Portugalii.

Następnego dnia naszym celem była dzielnica Santa Maria de Belém z Torre de Belém (niestety wieża była wtedy zamknięta), Padrão dos Descobrimentos (pomnik odkrywców) i Mosteiro dos Jerónimos z grobem Vasco da Gama.

Później pojechaliśmy przez Ponte 25 de Abril do Almady, gdzie znajduje się Santuário Nacional de Cristo Rei, z pomnikiem inspirowanym bardziej znanym Cristo Redentor w Rio de Janeiro. Jest stamtąd bardzo dobry widok na oba mosty Lizbony i na całe miasto. Zjedliśmy bacalhau, czyli dorsza (narodowa potrawa Portugalii) w O Galo (Avenida D. Nuno A Pereira 52-B-C) i wróciliśmy do Lizbony. Restaurację wspominam raczej jako ciekawostkę, bo poza tym, że obsługa nie znała ani słowa po angielsku – niczym się nie wyróżniała.

Widok na Ponte 25 de Abril

Lizbona - Ponte 25 de Abril

 

W zabytkowym budynku Estação Rossio odpoczęliśmy przy kawie, a potem, gdy zrobiło się ciemno przetestowaliśmy Elevador de Santa Justa (stuletnią windę, która wywozi nas na platformę, z której jest ładny widok).

Sintra

Kolejnego dnia udaliśmy się do Sintry. Obejrzeliśmy Palácio Nacional de Sintra, w którym najciekawsza jest… kuchnia z charakterystycznymi kominami.

Kominy w Palácio Nacional de SintraCastelo dos Mouros

Kominy w Palácio Nacional de Sintra i Castelo dos Mouros

 

Potem pochodziliśmy po murach Castelo dos Mouros (niezłe widoki) i kilka godzin spędziliśmy w tajemniczym Quinta da Regaleira, pełnym tuneli (niektóre są nieoświetlone!), zakamarków i różnych ciekawych miejsc (studnie, do których można wejść, wieżyczki, itp).

W Sintrze jest więcej ciekawych miejsc do zwiedzania, ale brakło nam czasu. Popołudniem zjedliśmy w Hockey Caffe (Praça da República 14) – ciekawostka: kelner znał trochę zwrotów po polsku.

Cabo da Roca

Pod koniec dnia wybraliśmy się do najbardziej wysuniętego na zachód punktu lądu stałego Europy – Cabo da Roca z XIX-wieczną latarnią umieszczoną na skalistym wybrzeżu. Piękne miejsce, następnym razem chciałbym zobaczyć tam wschód lub zachód słońca.

Cabo da Roca - widok na klify

Cabo da Roca

 

Fátima

Następnego dnia ruszyliśmy na północ. Zajrzeliśmy do krótko Fátimy, gdzie jest Santuário de Fátima wraz z Igreja da Santíssima Trindade (choć wspomniany kościół jakoś przeoczyliśmy). Nie jest to jakoś szczególnie ciekawe, ale gdy się jest w pobliżu – zdecydowanie warto zobaczyć (sam olbrzymi plac robi wrażenie). No i było to pierwsze miejsce, gdzie były ulotki po polsku :-)

Mira de Aire

Kolejnym miejscem odwiedzonym po drodze była Gruta de Moinhos Velhos. Jaskinia o tyle nietypowa, że dość dobrze oświetlona, a fontanny tam umieszczone nie dość, że podświetlone różnymi kolorami, to na dodatek… grające melodię. Trochę kiczowate, ale warte uwagi. W grocie tej jest też bar, niestety już nieczynny. Ale kiedyś można było napić się tam piwa :-)

Grające fontanny w Gruta de Moinhos Velhos

Grające fontanny w Gruta de Moinhos Velhos

 

Coimbra

W Coimbrze obejrzeliśmy szybko Igreja de Santiago, a następnie udaliśmy się do Universidade de Coimbra. Dzień się kończył i nie byliśmy w stanie zobaczyć wszystkiego, ale najciekawsza była tam barokowa biblioteka z XVIII wieku. Ponad 200 000 woluminów jest w bardzo ciekawy sposób zabezpieczonych przed różnego rodzaju insektami. Półki są dębowe, co czyni je trudnymi do pokonania z dwóch powodów: to drewno jest gęste i wydziela nielubiany przez robaczki zapach. Ale najlepsze jest to, czego podczas zwiedzania raczej nie widać: w bibliotece żyje kolonia… nietoperzy. Po zakończeniu zwiedzania przez ostatnią grupę obsługa przykrywa zabytkowe drewniane stoły, a rano przed otwarciem czyści to, co pozostawiły po sobie te zwierzątka. Książek one nie uszkodzą, bo te są za metalowymi siatkami.

Ważna informacja odnośnie zwiedzania, o której trzeba pamiętać. Na kupionym wcześniej bilecie jest wpisana dokładna godzina, o której można do wspomnianej biblioteki wejść.

Wieczorem zjedliśmy w Restaurante Vitoria (Rua da Sota 9). Obsługa nie mówiła po angielsku przez co momentami bywało śmiesznie, ale ogólnie było sympatycznie, a jedzenie całkiem niezłe.

Następnego dnia zwiedziliśmy Mosteiro de Santa Clara-a-Velha, ruiny czternastowiecznej świątyni. Obiekt to, o tyle ciekawy, że jest ciągle zalewany (właśnie z tego powodu został już w XVII wieku opuszczony).

Porto

Po południu dotarliśmy do Porto. I mam mieszane uczucia co do tego miasta. Jak patrzę sobie na zdjęcia stamtąd – to było tam bardzo ładnie, ale pamiętam, że wystarczyło wejść w złą uliczkę i wszystko było brzydkie (najbardziej klimat psuły chyba budynki z jakiegoś koszmaru architekta). Weszliśmy na Torre dos Clérigos, a potem obejrzeliśmy Sé do Porto, tamtejszą katedrę. Znajduje się ona na wzniesieniu, a po jej obejrzeniu postanowiliśmy stamtąd zejść w kierunku rzeki, by zjeść coś w jednej z tamtejszych restauracji. Różnica poziomów jest dość duża i po drodze trzeba się przedrzeć przez slamsy, bo to jest chyba najlepsze określenie tamtejszej dzielnicy parterowych lub jednopiętrowych domków. Są inne drogi, ale ta była najkrótsza.

Z restauracji mieliśmy piękny dwupoziomowy most Ponte Luís I, wykonany przez ucznia Gustave’a Eiffela. Dolną częścią jeżdżą samochody, a górną metro (warto się tam wdrapać, ze względu na widok, można też wyjechać kolejką). Porto, mające trzykrotnie mniej mieszkańców od Krakowa – metro ma. Tak naprawę jest to szybki tramwaj jeżdżący pod ziemią, ale to nieistotna różnica. Pod centrum jedzie pod ziemią, więc nie stoi w korkach. Ważna uwaga: angielskie tłumaczenie w automatach biletowych jest dość nieszczęśliwe. W wersji portugalskiej automat pyta cię ile chcesz przejazdów wykupić, a w wersji angielskiej ile biletów. Różnica niby drobna, ale gdy 4 osoby chcą kupić 4 bilety (i będą się kierowały wersją angielską) – dostaną wtedy 1 bilet ważny na 4 przejazdy. A na takim bilecie 4 osoby jechać nie mogą…

Ponte Luís I i Porto

Ponte Luís I i Porto

 

Po drugiej stronie mostu jest Vila Nova de Gaia, gdzie można zwiedzić m.in. piwniczki z winami, ale nie udało nam się wyrobić na odpowiednią godzinę.

A w samej restauracji bardzo smakowała mi popularna tam Francesinha, podawana na różne sposoby. W moim wypadku był to tost z mięsem, przykryty żółtym serem, a całość zatopiona w ostrym sosie.

Arcos de Valdevez

Następnego dnia – ponieważ Porto nas nie zachwyciło – wybraliśmy sie zwiedzać okolicę. Najpierw trafiliśmy do Arcos de Valdevez. Poza starym kościołem nie ma tam za dużo do oglądania. Mi w pamięć zapadło coś nowszego – fontanna z zegarem (albo odwrotnie). Był to kamienny obiekt w formie półokręgu, mający otworki, oznaczone godzinami. Woda wylewała się odpowiednimi otworami podając w ten sposób godzinę.

Soajo i Lindoso

W Soajo są stare (niektóre z XVIII wieku) kamienne spichlerze (Espigueiros de Soajo) umieszczone na skale. Niektóre do dziś używane! Podobna atrakcja czeka na w Lindoso (tam jest tego nawet więcej). Dodatkowo obok jest Castelo de Lindoso, który był niestety zamknięty, gdy tam trafiliśmy.

Espigueiros de Soajo

Espigueiros de Soajo

 

Ponte de Lima

Na koniec dnia trafiliśmy do jednej z najstarszych portugalskich miejscowości – Ponte de Lima, założonej przez Rzymian. Jest tam kilka bardzo starych zabytków, ale najsłynniejszy jest rzymski most, którego kilka przęseł zachowało się do dziś, a reszta była odbudowywana.

Ponte de Lima (widok na most)

Ponte de Lima

 

Podobno jest tam też znany na całą Portugalię targ, ale nie mieliśmy przyjemności na to trafić. Ciekawą rzeczą, która zwróciła moją uwagę był… parking na plaży. W pobliżu jest włoska restauracja, Catrina – jeśli się nie mylę (Passeio 25 de Abril 3), polecam pizzę.

Nossa Senhora de Guadalupe

W piątek pojechaliśmy do Nossa Senhora de Guadalupe, by zobaczyć Cromeleque dos Almendres, grupę około stu menhirów.

Cromeleque dos Almendres

Cromeleque dos Almendres

 

W okolicy są też mniejsze skupiska, ale to jest – ze względu na ilość kamieni – jest zdecydowanie najciekawsze.

Évora

W Évorze interesowała nas przede wszystkim Capela dos Ossos (kaplica czaszek) i obejrzeliśmy Templo romano de Évora.

Capela dos Ossos

Capela dos Ossos

 

Lagos i Portimão

Potem pojechaliśmy na kilka dni do Hiszpanii i Gibraltaru, o czym napiszę niedługo osobno. Wróciliśmy do Portugalii odpocząć w Lagos. Jedyne co tam i w okolicy (np. w Portimão) zwiedzaliśmy to plaże.

Lagos - widok na plażę (z bramy)

Lagos

 

Poza pięknymi widokami najbardziej utkwiło mi w pamięci… jedzenie. Trafiliśmy tam przypadkiem na Café dO Mar przy Praia da Batata i to był strzał w dziesiątkę. Wspaniały widok z klifu, dobra, ale i zabawna obsługa (jeden z kelnerów potrafił powiedzieć co nieco po polsku), ale najważniejsze było to, co tam podawali. Pyszne grillowane robalo (to morski okoń lub coś w tym rodzaju), rewelacyjny stek w sosie pieprzowym i makaron (linguini) lepszy niż w krakowskim Pomodorino.

Gdzie spać

Polecę kilka miejsc. Jeden to hotel w Lizbonie – Vip Executive Art’s Hotel ze względu na widok (z wyższych pięter) na najdłuższy (wspomniany wcześniej) most w Europie, Oslo Hotel w Coimbrze (bardzo dobra lokalizacja) i Giramar w Lagos (ładnie, wygodnie, spokojnie, ale jeśli ktoś potrzebuje dostępu do Internetu, to raczej odradzam).

Jak się przemieszczać

Po kraju – samochodem. Po dużych miastach komunikacją miejską lub pieszo.

Warto wspomnieć tutaj o Via Verde, elektronicznym systemie poboru opłat. Nie skorzystaliśmy z tego, a szkoda. System działa dość prosto – wystarczy wypożyczyć odpowiednie urządzenie, umieścić w samochodzie i można jeździć po autostradach omijając bramki. Wystarczy kierować się na pasy oznaczone białym „V” na zielonym tle, a opłata zostanie naliczona automatycznie. Nie trzeba się zatrzymywać, czasem tylko trzeba zwolnić do 40-60 km/h.

Może i dziś taki system nie robi wrażenia (choć jeśli popatrzeć na Polskę…), ale to działa w Portugalii od… 20 lat. Na dodatek umożliwia też tankowanie na stacjach benzynowych i – jak czytałem – zapłacenie za parkowanie w wybranych miejscach.

A autostrady są tam wygodne i nie ma na nich dużego ruchu.