Tag Archives: podróże

Vancouver, Whistler i Mozilla Summit 2010

1 sie

Od mojego powrotu z Kanady minęły trzy tygodnie, dlatego na niektóre rzeczy można już spojrzeć z dystansu i co nieco o tym napisać.

Celem wizyty była – największa jak do tej pory – impreza organizowana przez Mozillę – Mozilla Summit 2010 w Whistler, BC.  Z Aviary.pl wybraliśmy się tam 6-osobową grupą, przy czy ja i Marek przybyliśmy kilka dni wcześniej do Vancouver, żeby trochę pozwiedzać.

4 lipca 2010. Fontanny, strumyczki w 溫哥華

Zaraz po przylocie – w porcie lotniczym moją uwagę zwróciły dwie rzeczy.

Pierwsza to dobrze przemyślany wystrój portu. Wodospady, strumyczki, fontanny sprawiały, że czułem się trochę jak w dolinie w okolicach Zakopanego. Od razu człowiekowi lepiej po 15-godzinnym locie (mieliśmy awaryjne lądowanie w Keflavíku, bo jeden z pasażerów potrzebował pomocy lekarskiej). Mizernie wyglądają przy tym krakowskie Balice, lotnisko miasta, w którym mieszka o 1/3 więcej osób niż w Vancouver…

Drugą zaskakującą rzeczą były dla mnie instrukcje na lotnisku napisane w trzech językach. Po angielsku, francusku (to akurat nie dziwne – to języki urzędowe w Kanadzie) i… chińsku. Przestało mnie to dziwić, gdy dowiedziałem się, że prawie co piąty mieszkaniec tego miasta jest chińskiego pochodzenia.

Wieczorem poszliśmy zobaczyć miasto i zjeść coś dobrego. Nie za bardzo nam się to powiodło, bo jak już docieraliśmy do wcześniej wybranej restauracji, to ta okazywała się już zamknięta. W efekcie wylądowaliśmy w pizzerii. Przy czym tam pizzeria to nie jest to coś, co mają w wyobraźni Europejczycy. A bywalec krakowskiego Pomodorino mógłby przeżyć mały szok. Miejsca gdzie sprzedawano pizzę czy kebaby wyglądały obskurnie, a o czystości nikt tam nie słyszał. Klientela wpasowywała się w klimat – młodzi ludzie, niechlujnie ubrani, a często tak brudni, jakby się tarzali na ulicy. Bary mleczne w Polsce to – porównując – wyższa półka. Może mam mylne wrażenie, wyrobione na podstawie kilku lokali, ale po prostu innych z takim jedzeniem nie widziałem. A sama pizza? Przeciętna. A to wszystko przy głównej, pieszej, wyłożonej zieloną wykładziną(!) ulicy Granville…

Zielona wykładzina na Granville Street

Jeszcze jedno spostrzeżenie. Bardzo spodobała mi się numeracja ulic. Mianowicie to, że pierwsza cyfra w numerze budynku oznacza numer przecznicy. Jest to bardzo przydatne w ocenie odległości, gdzie odległości od skrzyżowań są w miarę równe. Przykładowo, gdy stoję przed budynkiem nr 430, a szukam budynku o numerze 660 przy tej samej ulicy – to wiem, że po drodze minę dwa skrzyżowania, zanim zaczną się budynki od numerach 600-699.

5 lipca 2010. Zielone ulice, wspaniały Stanley Park i wysokie kary za różne przewinienia

Następnego dnia postanowiliśmy pochodzić po Downtown. Tak, pochodzić, bo choć transport publiczny wyglądał dobrze (głównie trolejbusy i autobusy), to wszędzie było blisko. Zaczęliśmy od podziwiania widoków z wieży widokowej Harbour Centre. Ponieważ mieliśmy ograniczony czas na zwiedzanie – zdecydowaliśmy się wyruszyć do Stanley Park. Ruszyliśmy wzdłuż West Georgia Street, najważniejszej ulicy w Downtown oplecionej wieżowcami. Największe wrażenie zrobiła na mnie wszechobecna, zadbana zieleń.

Podwójny szpaler drzew na nieszerokim chodnikuCzłowiek odpoczywa obok fontanny przed budynkiem

Fontanny lub rzeźby przed co drugim budynkiem, a małe drzewka można zobaczyć na tarasach wieżowców.

Wieżowiec z kaskadowo umieszczonymi zielonymi tarasamiRzeźba zbudowana z liter przed jednym z budynków

Zielonymi pnączami oplecione są betonowe parkingi, a ogrody można spotkać nawet na dachach budynków.

Parking opleciony zielonym pnączemOgród na dachu budynku

Gdy dotarliśmy do parku jasne stało się, że nie będziemy w stanie zobaczyć go całego w ciągu jednego dnia. Całość to ponad 400 hektarów (co czyni go większym niż Central Park w Nowym Jorku), 200 kilometrów dróg i ścieżek… Pochodziliśmy zatem po nadbrzeżu, skąd świetnie widać Downtown, rzuciliśmy okiem na latarnię morską Brockton Point, pooglądaliśmy indiańskie słupy totemowe, fantastyczne Vancouver Aquarium (wciąż jestem pod wrażeniem delfinów, zobaczyć to na żywo, to jednak nie to samo, co w TV),  potem z oddali obejrzeliśmy 9 O’Clock Gun (armata wystrzeliwująca codziennie o 21).

Stanley ParkMeduza w Aquarium

Z rzeczy wartych zauważenia są jeszcze dwie rzeczy. Wiewiórki i… ławki. O wiewiórkach wspominam nie dlatego, że są jakieś szczególne, tylko dlatego, że jest ich dużo i sprawiają wrażenie przyzwyczajonych do ludzi (nie uciekają).

Wiewiórka (objada się)

Niezwykłe ławki

Bardzo ciekawe są ławki w parku (zresztą nie tylko w parku). Otóż niemal każda ławka ma sponsora. Są na nich tabliczki z krótkimi tekstami poświęconymi (prawie we wszystkich przypadkach) osobom zmarłym, niektóre utrzymane w zabawnym tonie (przykład: ławka umieszczona na nadbrzeżu, z której jest wspaniały widok – rodzina pisze, że tęskni za uśmiechem Dave’a i życzy mu miłego widoku).

Dave Fieldhouse 1941 - 2001. A loving husband & father. We miss your smile. Enjoy the view! Love, Beany, Bryce & Caley

W ten dzień mieliśmy więcej szczęścia związanego z jedzeniem i wracając nadbrzeżem trafiliśmy do restauracji Crime Lab (polecam Chicken & Chorizo Fettucini – wspaniałe!) przy 100 – 550 Denman Street.

2000$ za nieposprzątanie po psie

Warto wspomnieć jeszcze o jednej ważnej rzeczy. Vancouver jest czyste. Nie widziałem nigdzie żadnego śmiecia. Nigdzie. Potem zrozumiałem dlaczego. Gdzieniegdzie można zobaczyć tabliczki proszące ludzi, by coś robili lub czegoś nie robili. Np. Proszę posprzątać po swoim psie. Żeby nie było tak miło, jeśli ktoś nie chce słuchać takiej prośby ma od razu wypisane, na jaką karę się naraża. A kary są drakońskie. Wyrzucanie śmieci byle gdzie – do 2000$, wpuszczenie swojego psa na plac zabaw dla dzieci – do 2000$, nieposprzątanie po psie – do 2000$, itd. I na każdej tabliczce numer telefonu, gdzie zgłaszać opornych.

6 lipca 2010. Liście odciśnięte w betonie, oryginalny pastor i policja zachęcająca do kradzieży

We wtorek nie było dużo czasu na zwiedzanie bo mieliśmy jechać do Whistler. Zobaczyliśmy więc bibliotekę publiczną, gdzie najciekawszy był… chodnik przed nią. W jednym miejscu pod drzewem w betonowym chodniku wyryte były… odciski liści.

Liście wyryte w betonowym chodniku

I pomyśleć, że ze zwykłego betonowego chodnika można zrobić atrakcję…

Potem zwiedziliśmy jeszcze – mieszczącą się obok naszego hotelu – starą anglikańską katedrę – Christ Church Cathedral, gdzie najciekawszy (patrząc z polskiej perspektywy) był… pastor, a raczej jego wygląd. Z wygoloną na bokach głową i zakolczykowanymi uszami w Polsce nie miałby łatwo.

Pastor

Przed samą podróżą do Whistler dostrzegłem – już z autobusu, który miał nas tam zawieźć – ciekawą tabliczkę na której policja… zachęca do kradzieży aut. No dobra, wyjaśnię o chodzi. Treść tabliczki brzmiała mniej więcej tak: Auta-przynęty są wszędzie. Ukradnij jedno. Idź do więzienia. Ktoś kradnie takie podstawione i obserwowane auto i ma posprzątane.

Po dotarciu do Whistler na specjalnej mozillowej recepcji odebraliśmy identyfikatory, wybraliśmy restaurację na dzień następny i  sobie koszulki w jednym z wielu wzorów.

7-9 lipca 2010. Mozilla Summit

W Whistler szybko straciłem poczucie czasu. Często zapominałem, jaki mamy dzień tygodnia i jaką mamy datę. I to pomimo, że do pokoju hotelowego co rano dostarczana była codzienna prasa. Możliwe, że wszystko przez to, że impreza była rewelacyjnie zorganizowana. Do tej pory z tak dobrą organizacją spotkałem się tylko na 10 urodzinach RMF-u w Zakopanem.

Maskotki

Zadbano o każdy szczegół. Na potrzeby imprezy graficy stworzyli maskotki – różnokolorowe potworki – z wielookie, długie, grube, wąsate, rogate itd. Pojawiały się na koszulkach, na korytarzach hotelu stały ich kartonowe wersje (niektóre nawet wskazywały drogę), pojawiały się na pocztówkach, które codziennie po powrocie z kolacji znajdywaliśmy na poduszce w pokoju hotelowym (codziennie z innym obrazkiem i tekstem), w ostatnim dniu na imprezie pożegnalnej zobaczyliśmy ludzi, którzy byli za nie przebrani.

Wąsaty z trąbkąWielooki reklamuje Science FairElegant z muszką wskazuje drogę

Sala gier

W hotelu jedna sala przeznaczona była wyłącznie na rozrywkę. Tenis stołowy, Wii, gry planszowe m.in. Osadnicy z Catanu i szachy, coś w czym gra się na instrumentach i śpiewa (pojęcia nie mam, jak to coś się zwie) i chyba jeszcze jakaś jedna konsola.

Boskie jedzenie z całego świata

Śniadania i lunch jadaliśmy na tarasie na ostatnim piętrze, z którego był wspaniały widok na góry. Samo jedzenie było jeszcze lepsze. To jest coś co zawsze będę pamiętał z tej imprezy. Na kolację w pierwszy dzień wszyscy wybrali się do takiej restauracji, jakiej chcieli (hinduska Tandoori w moim wypadku), w drugi dzień trzy sale przeznaczono na kuchnie z różnych kontynentów. Mieliśmy do wyboru europejską, amerykańską i azjatycką. Odwiedziłem tylko salę azjatycką (dalej już nie byłem w stanie), udekorowaną w taki sposób, że od razu wiedziałem gdzie wszedłem. Część potraw było przygotowywanych przez kucharzy na miejscu. Stali z rozgrzanymi na ogniu patelniami w sali konferencyjnej… Trzeciego dnia objadaliśmy się na górze Whistler w Roundhouse Restaurant, do której trzeba było się dostać kolejką gondolową.

Keynotes, czyli WebGL i inne rządzą

Nie podejmuję się opisania wszystkiego. Używając wielkiego skrótu można powiedzieć, że najbardziej entuzjastycznie były przyjmowane wszelkiego rodzaju dema pokazywane w wydaniu beta Firefoksa 4, które pojawiło się, specjalnie na tę imprezę. Dobrze odbierane były nowinki z CSS3, SVG, pomysły, jak można to połączyć z <video/> i <audio/> z HTML5, wykorzystać WebGL i sterować slajdami z innego urządzenia dzięki WebSockets. Furorę zrobił film oparty o ww. technologie, w którym mały samolot latał sobie wśród wieżowców, których oświetlenie zmieniało się w zależności od lecącej w tle muzyki, a reklamy tekstowe na budynkach były odczytane w locie z Twittera. Demoscena ma się dobrze.

Science Fair i World Expo

Pomyślano o tym, że ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co widział na prezentacjach albo wcześniej gdzieś czytał. Na hotelowym korytarzu rozstawiono ok. 60 stolików z monitorami, przy których były prezentowane różności (w tym dema opisane wyżej). Nazwano to Science Fair. Można było sobie podejść do takiego stolika i na spokojnie porozmawiać z zaangażowanymi osobami.

World Expo było czymś w rodzaju prezentacji zespołów lokalizacyjnych Mozilli. Przy tych samych stolikach, co Science Fair, tylko kilka godzin później ludzie z całego świata zachwalali swój kraj lub region i zespół. Jako Aviary.pl też mieliśmy swój stolik, ale przyznam – bez jedzenia, picia i jakichś dodatkowych atrakcji ciężko było się przebić :-) Hindusi prezentowali swoje potrawy, Belgowie piwo Leffe, u Japończyków w kimonach można było się uczyć pisać w ich języku. Na stoisku Jordanii czekały katalogi przygotowane przez tamtejszą organizację turystyczną, reklamujące ten kraj, Toni z Katalonii uczył nietypowego sposobu picia wina, a na stoisku USA samą atrakcją był prezentujący, długobrody, wytatuowany harleyowiec, zresztą pracownik Mozilli.

Hinduskie potrawyToni z Katalonii pije wino

Następnym razem przygotujemy się lepiej, żeby nie trzeba było odpowiadać na pytania typu A gdzie jest wódka? ;-)

Gondolami na imprezę pożegnalną

Ostatnią częścią tegorocznego Mozilla Summit była wspomniana już impreza na górze Whistler w Roundhouse Restaurant. I tutaj znów Mozilla nie zawiodła. Taras ze wspaniałym widokiem na góry, specjalnie przygotowane mozillowe drinki, doskonałe – jak zawsze – jedzenie, dobry DJ i mnóstwo fluorescencyjnych szali, okularów, kapeluszy.

Ja na pożegnalnej imprezie ubrany w specjalne rekwizyty

I ostatecznie impreza przedłużona o godzinę, a potem zjazd gondolami na dół w całkowitych ciemnościach (nie są oświetlone, bo normalnie kursują do 20, a impreza skończyła się ok. 1 w nocy).

10 lipca 2010. Powrót

O powrocie do domu bym nie wspominał, gdyby nie to, że po raz kolejny byłem pod wrażeniem organizacji. Dwa dni przed wyjazdem przy recepcji pojawił się rozkład jazdy autobusów, (które miały nas zabrać prosto na lotnisko), ułożony wg odlatujących samolotów, z podanymi nazwiskami i numerami lotów, mapą świata ze strefami czasowymi, żeby każdy wiedział co, gdzie i kiedy. Przy wsiadaniu do autobusu upewniono się, że nikt nie zaspał po imprezie. Gdy dotarliśmy autobusem na miejsce – dwie osoby z Mozilli już na nas czekały, tylko po to, by wskazać, w którym kierunku terminalu mamy się udać…

Carbonnade à la flamande, Atomium i FOSDEM w Brukseli

20 lut

Dwa tygodnie temu znów zawitałem do Brukseli. Powód był taki sam, jak 2 lata temuFOSDEM.

Czwartek, 4 lutego. Orange France i carbonnade à la flamande

Przylot

Tym razem przyleciałem tam z Markiem już w czwartek, by troszkę więcej pozwiedzać. Właściwie już sam port lotniczy w Brukseli z długą, niekończącą się seria chodników ruchomych (prowadzących do strefy odbioru bagażu) mógłby być atrakcją turystyczną. Bo jest to coś co mi się przypomina, gdy pada hasło Bruksela. Jako, że było już trochę późno – zapomnieliśmy o zwiedzaniu i zdecydowaliśmy się coś zjeść. Postanowiliśmy wspomóc się Internetem, za który niestety trzeba w naszym hotelu zapłacić.

Orange France

Może zdanie z Internetem bym sobie darował, gdyby nie jakość świadczonej usługi. W hotelu można było skorzystać z bezprzewodowego Internetu dostarczanego przez Orange France, płacąc 9,90 € za 24 godziny. Tanio to nie jest, ale niech będzie. Ciekawie było już na etapie przeglądania regulaminu usługi. Okazało się, że wymagany jest komputer klasy PC oraz przeglądarka internetowa Internet Netscape navigator 5.5 lub nowszy ewentualnie Internet Explorer 4.67 lub nowszy. Oj, chyba nie spełniam wymagań… No i nigdy nie słyszałem o czymś takim jak Internet Netscape navigator, ani nawet o Netscape Navigator w wersji 5.5 czy Internet Explorerze 4.67. Postanowiłem zaryzykować te parę euro. Dostałem login i hasło, no i jakoś to działało. Zdarzało się, że gdy połączenie padło – system przekierowywał mnie do strony logowania. Po zalogowaniu się i próbie wejścia na jakąkolwiek stronę – znów pojawiał się ekran logowania. I potem kilkanaście minut walki z ich oprogramowaniem. Marek, próbujący korzystać z sieci przez iPoda, miał jeszcze ciekawsze przygody, ale to już osobna historia. Moja zła opinia na temat firmy Orange – jeszcze bardziej się pogorszyła…

Falstaff

Wejście do restauracji Falstaff

Gdy uporaliśmy się z Internetem – wybraliśmy miejsce na kolację – Falstaff, przy Henri Maus 19. Polecam tam genialne carbonnade à la flamande, tradycyjną potrawę belgijską  – kawałki wołowej polędwicy smażone na ciemnym piwie. A to wszystko podawane oczywiście z pysznymi frytkami. Jeśli dodamy do tego wspaniałe piwo Leffe, to właściwie czwartkowe zwiedzanie można zakończyć :-) .

Piątek, 5 lutego. Atomium

Na ten dzień zaplanowaliśmy zobaczyć coś ciekawego w tym mieście. Wybór padł na Atiomium, ponad 100-metrowej wysokości budowlę, składająca się z dziewięciu połączonych ze sobą sfer, będąca powiększeniem kryształku żelaza. Budowla powstała na Expo ’58 i – podobnie jak wieża Eiffla – miała być po zakończeniu wystawy rozebrana. Stała się jednak tak popularna, że zdecydowano się ją zostawić, dzięki czemu można ją zwiedzać do dziś.

Atomium - widok z zewnątrz

Do najwyżej położonej sfery, gdzie jest punkt widokowy, można dostać się windą (w tamtych latach najszybszą na świecie), a potem porusza się po obiekcie schodami – głownie ruchomymi. W środku znajduje się wystawa poświęcona Expo ’58, restauracja i snack bar. Wspominam o tym snack barze nie bez przyczyny – mają tam takie same krzesła, jakie były prezentowane na wspomnianej wystawie. Te (a przynajmniej podobne do nich) ponadczasowe krzesła można kupić obecnie w sklepach. Ciekawe, czy wtedy wydawały się ludziom futurystyczne…

Futurystyczne krzesło z lat pięćdziesiątych

Chcieliśmy potem zwiedzić Mini-Europe, która jest obok, ale była niestety zamknięta. Zjedliśmy w Le 7ieme Art (polecam gyros), potem pognaliśmy zobaczyć siedzibę Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego i dzień zwiedzania się skończył.

Sobota, 6 lutego. FOSDEM, dzień pierwszy

FOSDEM dance

No i nadszedł dzień FOSDEM-u. Ponad 5000 geeków, ponad 200 wykładów, 2 dni, 0 € (jak głosi FOSDEM-owa gazetka) i dziesiąta taka impreza z rzędu. Zaczęło się od FOSDEM dance, który tym razem został odtańczony nie przez prowadzących, a przez wszystkich obecnych na sali (ze mną włącznie).

Pada sieć

Pierwszy keynote – Promoting Open Source Methods at a Large Company. Niestety się zawiodłem. Brooks Davis z Aerospace nie pokazywał żadnych slajdów, ani nie miał dobrego kontaktu z publicznością. To spowodowało, że wykład był bardzo monotonny i trudno było go słuchać. No i po chwili nie wytrzymywały routery bezprzewodowe, bo wszyscy wyciągnęli laptopy, telefony i wszystko co łączy się z Internetem.

Evil on the Internet

Drugi keynote był już zdecydowanie ciekawszy. Prezentujący: Richard Clayton, temat: Evil on the Internet. To już było zdecydowanie lepsze. Facet mówił na temat phishingu, ofert pracy służących praniu brudnych pieniędzy, fałszywych bankach i tym podobnych. Pokazywał jak w prosty sposób, używając narzędzi Google, łatwo zweryfikować z czym mamy do czynienia. Najbardziej widowiskowe (a równocześnie proste i oczywiste) było chyba użycie Google Street View, gdzie pokazał, że pod adresem banku – podanym na stronie tegoż banku – nic nie ma.

Na co Google wydaje dużo pieniędzy

Potem przenieśliśmy się wszyscy do dev-roomów. Tym razem nie miałem takiego problemu, jak dwa lata temu (kilka interesujących wykładów w tym samym czasie) i zdecydowałem się spędzić czas w pokoju mozillowym.

Wspomnę o kilku wykładach, a raczej o tym, co pamiętam po dwóch tygodniach :-) .

Tristan Nitot we wstępie mówił m.in. o ballot screen i o tym jak się do tego przygotowuje Google (dziesiątki milionów dolarów wydanych na reklamę) i Mozilla.

Apple dziś jak AT&T w latach ’50

Dość ciekawy był wykład Hackability, który prezentował Tristan i Paul Rouget. Tak w wielkim skrócie było to przeciwstawienie sobie dwóch różnych podejść do technologii przez dostawców sprzętu i oprogramowania. Z jednej strony mamy do czynienia z polityką zamkniętą, gdzie użytkownik sprzętu czy oprogramowania nic lub niewiele może zrobić, poza tym, na co pozwoli mu producent. Tristan wspomniał o firmie telekomunikacyjnej AT&T, która jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku zabraniała wpinania do jej sieci jakiegokolwiek sprzętu, który nie był przez tę firmę sprzedawany. Bo niby takie niesprzedawane przez nich urządzenie może im popsuć coś w sieci. Wyobrażacie sobie, że rodzima tepsa mówi Wam, że możecie używać tylko aparatów przez nich sprzedawanych? Niewiele się to różni od polityki firmy Apple stosowanej w przypadku iPhone’a (wspomnianego w wykładzie)… Z drugiej strony polityka otwarta – Wikipedia, wolne i otwarte oprogramowanie itp. – dzięki której użytkownik może o wiele więcej. I tutaj Paul zademonstrował możliwości jakie nam daje nam HTML5, otwarty standard.

HTML5

Ogromne tłumy zgromadziła prezentacja Roberta Nymana – HTML5. Części nie udało się nawet dostać na salę… Prezentacja była tak dobrze przygotowana i poprowadzona, że nawet ktoś kto bardzo interesuje się HTML5 i wie na ten temat dużo – na pewno się nie nudził. Robert mówił o tym, jak do tego wszystkiego doszło, jakie są cechy HTML5, z jakimi problemami się spotykamy i jak je rozwiązywać. Jak można się domyślić problemem jest produkt jednego z graczy na rynku przeglądarek, porównany tutaj do Dartha Vadera.

Darth Vader

Po tej prezentacji Paul znowu pokazał kilka demonstracji wykorzystujących HTML5, otwarte formaty wideo, SVG, WebGL i połączenie tego wszystkiego.

Laser tag i kręgle

Wieczorem w Crosby Mozilla zorganizowała kolację i zadbała o trochę rozrywki. Po kolacji udaliśmy się na partyjkę w laser tag, a później zagraliśmy w kręgle.

Niedziela, 7 lutego. FOSDEM, dzień drugi

Fennnec na iPhone’a

W niedzielę Mark Finkle mówił o mobilnej wersji Firefoksa na różne systemy. I z tego co pamiętam jedynym liczącym się systemem, który nie będzie wspierany przez Mozillę jest w tej chwili iPhone OS (jak można się domyślać ze względu na politykę firmy Apple).

Kobiety w Mozilli i trudności językowe

Alix Cazenave i Delphine Lebédel mówiły o udziale kobiet w projektach mozillowych, a Pike (który – jak się okazało dzień wcześniej – nieźle gra w kręgle) o L20n tłumacząc audytorium problemy lokalizacyjne na przykładzie języka polskiego.

Problemy lokalizacyjne na przykładzie liczby mnogiej w jęz. polskim. Przykładowe zdania: Axel wygłosił 2 prezentacje. Axel wygłosił 1 prezentację. Delphine wygłosiła 5 prezentacji. Seth nie wygłosił prezentacji.

Jetpack i Drumbeat

Gandalf mówił o Jetpacku, a Mark Surman i Alina Mierlus o planach, związanych z projektem Drumbeat w Europie. Nie były to ostatnie prezentacje, ale po nich musieliśmy niestety udać się na samolot.

Taka jedna uwaga na koniec. Gdzieś przeczytałem, że w Brukseli co druga napotkana osoba mówi po angielsku, a co trzecia po polsku. Hmmm… nie wiem, czy nie jest odwrotnie ;-) .

Kolacja u rzeźnika, MozCamp Europe 2008 – czyli kolejne cztery dni w Barcelonie

29 paź

Nie przypuszczałem, że tak szybko tutaj wrócę. Po krótkim czterodniowym pobycie w Barcelonie w kwietniu – znów trafiłem do serca Katalonii. I to znowu na cztery dni. Tym razem w ramach Mozilla Camp Europe 2008.

Mozilla Camp Europe 2008. © Toni Hermoso Pulido

Mozilla Camp Europe 2008. Obrazek: Toni Hermoso Pulido

Do Barcelony przyleciałem, razem z Marcoosem, w czwartek. I zaczęły się przygody. Wieczorem postanowiliśmy coś zjeść. Długo szukaliśmy jakiejś restauracji w wąskich uliczkach Barri Gòtic. W końcu dotarliśmy do Ciutat Comtal (Ciudad Condal) przy c/Baños Nuevos 8. Restaurację prowadziło dwóch panów po pięćdziesiątce – rzeźnik i grzałkowy. Pierwszy był kucharzem i wyglądał jak rzeźnik. Nie żebym wiedział jak powinien wyglądać rzeźnik, ale gdybym sobie miał go wyobrazić – to wyglądałby właśnie tak, jak wspomniany kucharz. Drugi był kelnerem i widziałem co robił z daniem przyrządzonym przez rzeźnika. Wziął, zawieszony na gwoździu przyrząd wyglądający jak grzałka elektryczna, podłączył do prądu i po chwili zaczął nim atakować jedzenie. Dość skutecznie, bo po chwili grzałka się paliła. Ale jedzenie przyrządzone dla jednego z klientów wyglądało dobrze. Grzałkę ugasił, ewakuacji nie było. Zamówiliśmy pavo horno, czyli pieczonego indyka, niestety po chwili pan grzałkowy powiedział, że jest only one turkey, więc wybrałem coś innego – jakąś tam baraninę. Nie było, więc wybrałem jeszcze coś innego. No i dostałem chyba najgorsze danie w lokalu (widziałem to co podawali innym i wyglądało nieźle). Nie polecam tam dania Costillas lechal. Takie niby żeberka, tylko oprócz kości wszystko albo gumowate albo tłuste. Ale frytki i białe wino były świetne.

Tego dnia chcieliśmy jeszcze zwiedzić katedrę, ale było już za późno.

W piątek zwiedziliśmy świątynię Sagrada Familia (ja już po raz drugi), wjechaliśmy na górę Montjuïc, gdzie obejrzeliśmy stadion olimpijski (piękny to on nie jest…) i zwiedziliśmy muzeum olimpijskie, potem wróciliśmy do starej części miasta i obejrzeliśmy w końcu katedrę, a później fantastyczny Casa Batlló. Udając się do metra natknęliśmy się na wystawę sklepową, która na rozbawiła:

Zdjęcie: Marek Stępień © Some rights reserved http://creativecommons.org/licenses/by-nd/2.0/deed.pl

Para z pieskami. Zdjęcie: Marek Stępień © Some rights reserved. http://creativecommons.org/licenses/by-nd/2.0/deed.pl

Sobota i niedziela to już wyłącznie MozCamp. Na nic innego nie było czasu. Z takich ciekawostek – w sobotę David Ascher przedstawił nowe, rewolucyjne spojrzenie na Thunderbirda – uproszczony interfejs, przyciski do odpowiadania na maile umieszczone przy otrzymanym e-mailu (nie w pasku narzędzi), wygodne wyszukiwanie, lepszy niż w Gmailu sposób prezentacji korespondencji z wybraną osobą. Z polskich akcentów – Staś, wraz z Pike’iem, Sethem i Sipaqiem prezentowali L10n-drivers Team, Gandalf z Adrianerem mówili o Silme. Wieczorem relaksowaliśmy jedząc tapas i pijąc wino na plaży w restauracji Sal Cafe. I coś, co mnie zaskoczyło – nie wiedziałem, że Aviary.pl jest w środowisku Mozilii tak popularne i tak podziwiane. Wystarczyło się przedstawić, by wzbudzić entuzjazm u rozmówcy…

W niedzielę Aza Raskin prezentował nowe idee w Ubiquity (niestety się spóźniłem), a Brian King pokazywał subskrybowanie rozszerzeń przez RSS. Z polskich rzeczy – Marek zaprezentował historię Aviary.pl, a ja opowiedziałem krótko jak pracujemy – stand-upy, Matrix, przyjmowanie nowych osób. Potem Gandalf prezentował jeszcze szablony stron internetowych dla społeczności, ale na to się już nie załapałem – nie chciałem się z Markiem spóźnić na samolot. Z powody mgły w Monachium wylądowaliśmy z ponad godzinnym opóźnieniem i ledwie zdążyliśmy się przesiąść (czytaj: dobiec) – odliczano już 2 minuty do zamknięcia bramek.

Ciekawe kiedy znów wpadnę na 4 dni do Barcelony…