Tag Archives: podróże

Via Verde, nietoperze w bibliotece i stuletnie wino czyli 11 dni w Portugalii

W Portugalii spędziłem (a właściwie spędziliśmy, bo byliśmy we czwórkę) w sumie 11 dni. Napiszę trochę o tym pobycie. Może przydać się komuś kto wybiera się do tego kraju albo zastanawia się czy w ogóle warto.

Co warto zobaczyć i gdzie zjeść

Lizbona i Almada

Tylko nie samochodem

Jako, że w planach było podróżowanie po całym kraju – pierwsze co zrobiliśmy po przybyciu do Portugalii to było wynajęcie samochodu (w Guerin).  O ile do podróżowania po kraju auto jest świetnym pomysłem, to jeśli chodzi o samą Lizbonę – bardzo średnim. A jeśli wziąć pod uwagę historyczną część miasta – fatalnym. Bierze się to stąd, że w centrum ulice są jednokierunkowe, wąskie, strome i zapchane samochodami. Na dodatek czasem, gdy chcesz przemieścić się na sąsiednią ulicę musisz pokonać kilka kilometrów samochodem. W wypożyczalni polecam wykupienie pełnego ubezpieczenia, a jeśli podróżujesz własnym nowiutkim autem – trzymaj się z daleka od centrum. Większość aut (to nie jest przesada!) ma na karoserii ślady parkowania bądź przeciskania się przez te uliczki! Najlepiej mają właściciele smartów (a i te widziałem porysowane…)

Aha, parkując na ulicy często można spotkać ludzi, którzy chętnie wezmą od ciebie pieniądze (i powiedzą, że np. parkometr jest zepsuty). Plus jest taki, że mają auto na oku, minus – nieuiszczenie opłaty w parkometrze to proszenie się o mandat.

Nie wiem jak funkcjonuje metro, bo dalsze odcinki pokonywaliśmy samochodem (niestety!), a krótsze pieszo. Za to skorzystaliśmy raz z tramwaju. Żałuję, że tylko raz, bo ten środek transportu w tym mieście jest atrakcją turystyczną. Tramwaje w Lizbonie to starocie, które poruszają się po zabytkowych ulicach i pokonują dość duże wzniesienia. Na niektórych bardzo stromych uliczkach jeździ funicular (kolejka linowo-torowa) – szkoda, że nie miałem okazji się przejechać.

Zwiedzamy

Zaczęliśmy od Praça do Comércio, przy którym jest Arco da Rua Augusta (przechodząc pod tym łukiem znajdziemy się na ulicy, gdzie jest świetny sklep z winami, o czym już wcześniej wspominałem, jest tam i coś dla wybrednych – wina z początku XX wieku za 1600 €), potem obejrzeliśmy Sé de Lisboa (katedrę), pospacerowaliśmy po murach w Castelo de São Jorge (ciekawostka: wśród ludzi spacerują tam piękne pawie).

Lizbona - widok z Castelo de São Jorge

Lizbona – widok z Castelo de São Jorge

 

Po wyjściu z zamku zjedliśmy w Caminho da Ronda (Rua do Recolhimento 13), a potem udaliśmy się do Parque das Nações, dzielnicy apartamentowców (powstałej głównie w tym stuleciu) i budynków pozostałych po Expo’98. Nie udało nam się odwiedzić Torre Vasco da Gama (wieża jest w trakcie rozbudowy), a na inne obiekty brakło czasu. W dzielnicy tej jest też piękny Ponte Vasco da Gama – najdłuższy most w Europie, którym mieliśmy się przejechać dzień przed wylotem z Portugalii.

Następnego dnia naszym celem była dzielnica Santa Maria de Belém z Torre de Belém (niestety wieża była wtedy zamknięta), Padrão dos Descobrimentos (pomnik odkrywców) i Mosteiro dos Jerónimos z grobem Vasco da Gama.

Później pojechaliśmy przez Ponte 25 de Abril do Almady, gdzie znajduje się Santuário Nacional de Cristo Rei, z pomnikiem inspirowanym bardziej znanym Cristo Redentor w Rio de Janeiro. Jest stamtąd bardzo dobry widok na oba mosty Lizbony i na całe miasto. Zjedliśmy bacalhau, czyli dorsza (narodowa potrawa Portugalii) w O Galo (Avenida D. Nuno A Pereira 52-B-C) i wróciliśmy do Lizbony. Restaurację wspominam raczej jako ciekawostkę, bo poza tym, że obsługa nie znała ani słowa po angielsku – niczym się nie wyróżniała.

Widok na Ponte 25 de Abril

Lizbona – Ponte 25 de Abril

 

W zabytkowym budynku Estação Rossio odpoczęliśmy przy kawie, a potem, gdy zrobiło się ciemno przetestowaliśmy Elevador de Santa Justa (stuletnią windę, która wywozi nas na platformę, z której jest ładny widok).

Sintra

Kolejnego dnia udaliśmy się do Sintry. Obejrzeliśmy Palácio Nacional de Sintra, w którym najciekawsza jest… kuchnia z charakterystycznymi kominami.

Kominy w Palácio Nacional de Sintra

Castelo dos Mouros

 

Potem pochodziliśmy po murach Castelo dos Mouros (niezłe widoki) i kilka godzin spędziliśmy w tajemniczym Quinta da Regaleira, pełnym tuneli (niektóre są nieoświetlone!), zakamarków i różnych ciekawych miejsc (studnie, do których można wejść, wieżyczki, itp).

W Sintrze jest więcej ciekawych miejsc do zwiedzania, ale brakło nam czasu. Popołudniem zjedliśmy w Hockey Caffe (Praça da República 14) – ciekawostka: kelner znał trochę zwrotów po polsku.

Cabo da Roca

Pod koniec dnia wybraliśmy się do najbardziej wysuniętego na zachód punktu lądu stałego Europy – Cabo da Roca z XIX-wieczną latarnią umieszczoną na skalistym wybrzeżu. Piękne miejsce, następnym razem chciałbym zobaczyć tam wschód lub zachód słońca.

Cabo da Roca - widok na klify

Cabo da Roca

 

Fátima

Następnego dnia ruszyliśmy na północ. Zajrzeliśmy do krótko Fátimy, gdzie jest Santuário de Fátima wraz z Igreja da Santíssima Trindade (choć wspomniany kościół jakoś przeoczyliśmy). Nie jest to jakoś szczególnie ciekawe, ale gdy się jest w pobliżu – zdecydowanie warto zobaczyć (sam olbrzymi plac robi wrażenie). No i było to pierwsze miejsce, gdzie były ulotki po polsku 🙂

Mira de Aire

Kolejnym miejscem odwiedzonym po drodze była Gruta de Moinhos Velhos. Jaskinia o tyle nietypowa, że dość dobrze oświetlona, a fontanny tam umieszczone nie dość, że podświetlone różnymi kolorami, to na dodatek… grające melodię. Trochę kiczowate, ale warte uwagi. W grocie tej jest też bar, niestety już nieczynny. Ale kiedyś można było napić się tam piwa 🙂

Grające fontanny w Gruta de Moinhos Velhos

Grające fontanny w Gruta de Moinhos Velhos

 

Coimbra

W Coimbrze obejrzeliśmy szybko Igreja de Santiago, a następnie udaliśmy się do Universidade de Coimbra. Dzień się kończył i nie byliśmy w stanie zobaczyć wszystkiego, ale najciekawsza była tam barokowa biblioteka z XVIII wieku. Ponad 200 000 woluminów jest w bardzo ciekawy sposób zabezpieczonych przed różnego rodzaju insektami. Półki są dębowe, co czyni je trudnymi do pokonania z dwóch powodów: to drewno jest gęste i wydziela nielubiany przez robaczki zapach. Ale najlepsze jest to, czego podczas zwiedzania raczej nie widać: w bibliotece żyje kolonia… nietoperzy. Po zakończeniu zwiedzania przez ostatnią grupę obsługa przykrywa zabytkowe drewniane stoły, a rano przed otwarciem czyści to, co pozostawiły po sobie te zwierzątka. Książek one nie uszkodzą, bo te są za metalowymi siatkami.

Ważna informacja odnośnie zwiedzania, o której trzeba pamiętać. Na kupionym wcześniej bilecie jest wpisana dokładna godzina, o której można do wspomnianej biblioteki wejść.

Wieczorem zjedliśmy w Restaurante Vitoria (Rua da Sota 9). Obsługa nie mówiła po angielsku przez co momentami bywało śmiesznie, ale ogólnie było sympatycznie, a jedzenie całkiem niezłe.

Następnego dnia zwiedziliśmy Mosteiro de Santa Clara-a-Velha, ruiny czternastowiecznej świątyni. Obiekt to, o tyle ciekawy, że jest ciągle zalewany (właśnie z tego powodu został już w XVII wieku opuszczony).

Porto

Po południu dotarliśmy do Porto. I mam mieszane uczucia co do tego miasta. Jak patrzę sobie na zdjęcia stamtąd – to było tam bardzo ładnie, ale pamiętam, że wystarczyło wejść w złą uliczkę i wszystko było brzydkie (najbardziej klimat psuły chyba budynki z jakiegoś koszmaru architekta). Weszliśmy na Torre dos Clérigos, a potem obejrzeliśmy Sé do Porto, tamtejszą katedrę. Znajduje się ona na wzniesieniu, a po jej obejrzeniu postanowiliśmy stamtąd zejść w kierunku rzeki, by zjeść coś w jednej z tamtejszych restauracji. Różnica poziomów jest dość duża i po drodze trzeba się przedrzeć przez slamsy, bo to jest chyba najlepsze określenie tamtejszej dzielnicy parterowych lub jednopiętrowych domków. Są inne drogi, ale ta była najkrótsza.

Z restauracji mieliśmy piękny dwupoziomowy most Ponte Luís I, wykonany przez ucznia Gustave’a Eiffela. Dolną częścią jeżdżą samochody, a górną metro (warto się tam wdrapać, ze względu na widok, można też wyjechać kolejką). Porto, mające trzykrotnie mniej mieszkańców od Krakowa – metro ma. Tak naprawę jest to szybki tramwaj jeżdżący pod ziemią, ale to nieistotna różnica. Pod centrum jedzie pod ziemią, więc nie stoi w korkach. Ważna uwaga: angielskie tłumaczenie w automatach biletowych jest dość nieszczęśliwe. W wersji portugalskiej automat pyta cię ile chcesz przejazdów wykupić, a w wersji angielskiej ile biletów. Różnica niby drobna, ale gdy 4 osoby chcą kupić 4 bilety (i będą się kierowały wersją angielską) – dostaną wtedy 1 bilet ważny na 4 przejazdy. A na takim bilecie 4 osoby jechać nie mogą…

Ponte Luís I i Porto

Ponte Luís I i Porto

 

Po drugiej stronie mostu jest Vila Nova de Gaia, gdzie można zwiedzić m.in. piwniczki z winami, ale nie udało nam się wyrobić na odpowiednią godzinę.

A w samej restauracji bardzo smakowała mi popularna tam Francesinha, podawana na różne sposoby. W moim wypadku był to tost z mięsem, przykryty żółtym serem, a całość zatopiona w ostrym sosie.

Arcos de Valdevez

Następnego dnia – ponieważ Porto nas nie zachwyciło – wybraliśmy sie zwiedzać okolicę. Najpierw trafiliśmy do Arcos de Valdevez. Poza starym kościołem nie ma tam za dużo do oglądania. Mi w pamięć zapadło coś nowszego – fontanna z zegarem (albo odwrotnie). Był to kamienny obiekt w formie półokręgu, mający otworki, oznaczone godzinami. Woda wylewała się odpowiednimi otworami podając w ten sposób godzinę.

Soajo i Lindoso

W Soajo są stare (niektóre z XVIII wieku) kamienne spichlerze (Espigueiros de Soajo) umieszczone na skale. Niektóre do dziś używane! Podobna atrakcja czeka na w Lindoso (tam jest tego nawet więcej). Dodatkowo obok jest Castelo de Lindoso, który był niestety zamknięty, gdy tam trafiliśmy.

Espigueiros de Soajo

Espigueiros de Soajo

 

Ponte de Lima

Na koniec dnia trafiliśmy do jednej z najstarszych portugalskich miejscowości – Ponte de Lima, założonej przez Rzymian. Jest tam kilka bardzo starych zabytków, ale najsłynniejszy jest rzymski most, którego kilka przęseł zachowało się do dziś, a reszta była odbudowywana.

Ponte de Lima (widok na most)

Ponte de Lima

 

Podobno jest tam też znany na całą Portugalię targ, ale nie mieliśmy przyjemności na to trafić. Ciekawą rzeczą, która zwróciła moją uwagę był… parking na plaży. W pobliżu jest włoska restauracja, Catrina – jeśli się nie mylę (Passeio 25 de Abril 3), polecam pizzę.

Nossa Senhora de Guadalupe

W piątek pojechaliśmy do Nossa Senhora de Guadalupe, by zobaczyć Cromeleque dos Almendres, grupę około stu menhirów.

Cromeleque dos Almendres

Cromeleque dos Almendres

 

W okolicy są też mniejsze skupiska, ale to jest – ze względu na ilość kamieni – jest zdecydowanie najciekawsze.

Évora

W Évorze interesowała nas przede wszystkim Capela dos Ossos (kaplica czaszek) i obejrzeliśmy Templo romano de Évora.

Capela dos Ossos

Capela dos Ossos

 

Lagos i Portimão

Potem pojechaliśmy na kilka dni do Hiszpanii i Gibraltaru, o czym napiszę niedługo osobno. Wróciliśmy do Portugalii odpocząć w Lagos. Jedyne co tam i w okolicy (np. w Portimão) zwiedzaliśmy to plaże.

Lagos - widok na plażę (z bramy)

Lagos

 

Poza pięknymi widokami najbardziej utkwiło mi w pamięci… jedzenie. Trafiliśmy tam przypadkiem na Café dO Mar przy Praia da Batata i to był strzał w dziesiątkę. Wspaniały widok z klifu, dobra, ale i zabawna obsługa (jeden z kelnerów potrafił powiedzieć co nieco po polsku), ale najważniejsze było to, co tam podawali. Pyszne grillowane robalo (to morski okoń lub coś w tym rodzaju), rewelacyjny stek w sosie pieprzowym i makaron (linguini) lepszy niż w krakowskim Pomodorino.

Gdzie spać

Polecę kilka miejsc. Jeden to hotel w Lizbonie – Vip Executive Art’s Hotel ze względu na widok (z wyższych pięter) na najdłuższy (wspomniany wcześniej) most w Europie, Oslo Hotel w Coimbrze (bardzo dobra lokalizacja) i Giramar w Lagos (ładnie, wygodnie, spokojnie, ale jeśli ktoś potrzebuje dostępu do Internetu, to raczej odradzam).

Jak się przemieszczać

Po kraju – samochodem. Po dużych miastach komunikacją miejską lub pieszo.

Warto wspomnieć tutaj o Via Verde, elektronicznym systemie poboru opłat. Nie skorzystaliśmy z tego, a szkoda. System działa dość prosto – wystarczy wypożyczyć odpowiednie urządzenie, umieścić w samochodzie i można jeździć po autostradach omijając bramki. Wystarczy kierować się na pasy oznaczone białym „V” na zielonym tle, a opłata zostanie naliczona automatycznie. Nie trzeba się zatrzymywać, czasem tylko trzeba zwolnić do 40-60 km/h.

Może i dziś taki system nie robi wrażenia (choć jeśli popatrzeć na Polskę…), ale to działa w Portugalii od… 20 lat. Na dodatek umożliwia też tankowanie na stacjach benzynowych i – jak czytałem – zapłacenie za parkowanie w wybranych miejscach.

A autostrady są tam wygodne i nie ma na nich dużego ruchu.

 

Spotkanie Mozilla-PT i Aviary.pl

Kilka dni temu wróciłem z ponad dwutygodniowej podróży po Portugalii, Gibraltarze i hiszpańskiej Andaluzji. O samej wyprawie wkrótce napiszę. Teraz chciałem tylko wspomnieć o krótkim spotkaniu, które miało miejsce w zeszły piątek w Lizbonie.

Tytuł może jest trochę przesadzony, bo z sześciu osób na kolacji – tylko dwie miały coś wspólnego z lokalizacją oprogramowania: ja i João Miguel Neves, szef Mozilla-PT, portugalskiego zespołu lokalizacyjnego.

Spotkanie zaczęło się od wyprawy do sklepu z winami poleconego przez Joao – Casa Macário, przy Rua Augusta 272. Polecam każdemu, kto chciałby – będąc w Lizbonie – kupić np. Porto. Właściciel to pasjonat, kupowanie tam to przyjemność. Na dodatek wina można przed zakupem spróbować.

João Miguel Neves i Hubert Gajewski

João Miguel Neves i ja

Przy kolacji w Restaurante Solar do Duque (Rua do Duque 67) podzieliłem się spostrzeżeniami z pobytu w Portugalii, porozmawialiśmy trochę o historii.

Najbardziej jednak interesowało mnie jak funkcjonuje Mozilla-PT. I było to coś, co mnie bardzo zaskoczyło. Zespół lokalizacyjny Mozilla-PT jest ośmiokrotnie mniejszy niż Aviary.pl – liczy… 3 osoby. Mimo tak małego zespołu wszystko funkcjonuje w miarę sprawnie, dzięki temu, że mają mniej projektów (Firefox, Thunderbird, SeaMonkey i Calendar) niż my, a dodatkowo każda z osób pracuje bardzo wydajnie.

Ciekawiło mnie też, czy portugalski zespół ma coś wspólnego z brazylijskim (tam też mówią po portugalsku) – nie ma nic wspólnego. Z tego co mówił João – język w obu krajach trochę się różni, szczególnie jeśli chodzi o nowe słówka.

Po dwóch godzinach spotkanie dobiegło końca, a ja zaprosiłem João do Polski.

Vancouver, Whistler i Mozilla Summit 2010

Od mojego powrotu z Kanady minęły trzy tygodnie, dlatego na niektóre rzeczy można już spojrzeć z dystansu i co nieco o tym napisać.

Celem wizyty była – największa jak do tej pory – impreza organizowana przez Mozillę – Mozilla Summit 2010 w Whistler, BC.  Z Aviary.pl wybraliśmy się tam 6-osobową grupą, przy czy ja i Marek przybyliśmy kilka dni wcześniej do Vancouver, żeby trochę pozwiedzać.

4 lipca 2010. Fontanny, strumyczki w 溫哥華

Zaraz po przylocie – w porcie lotniczym moją uwagę zwróciły dwie rzeczy.

Pierwsza to dobrze przemyślany wystrój portu. Wodospady, strumyczki, fontanny sprawiały, że czułem się trochę jak w dolinie w okolicach Zakopanego. Od razu człowiekowi lepiej po 15-godzinnym locie (mieliśmy awaryjne lądowanie w Keflavíku, bo jeden z pasażerów potrzebował pomocy lekarskiej). Mizernie wyglądają przy tym krakowskie Balice, lotnisko miasta, w którym mieszka o 1/3 więcej osób niż w Vancouver…

Drugą zaskakującą rzeczą były dla mnie instrukcje na lotnisku napisane w trzech językach. Po angielsku, francusku (to akurat nie dziwne – to języki urzędowe w Kanadzie) i… chińsku. Przestało mnie to dziwić, gdy dowiedziałem się, że prawie co piąty mieszkaniec tego miasta jest chińskiego pochodzenia.

Wieczorem poszliśmy zobaczyć miasto i zjeść coś dobrego. Nie za bardzo nam się to powiodło, bo jak już docieraliśmy do wcześniej wybranej restauracji, to ta okazywała się już zamknięta. W efekcie wylądowaliśmy w pizzerii. Przy czym tam pizzeria to nie jest to coś, co mają w wyobraźni Europejczycy. A bywalec krakowskiego Pomodorino mógłby przeżyć mały szok. Miejsca gdzie sprzedawano pizzę czy kebaby wyglądały obskurnie, a o czystości nikt tam nie słyszał. Klientela wpasowywała się w klimat – młodzi ludzie, niechlujnie ubrani, a często tak brudni, jakby się tarzali na ulicy. Bary mleczne w Polsce to – porównując – wyższa półka. Może mam mylne wrażenie, wyrobione na podstawie kilku lokali, ale po prostu innych z takim jedzeniem nie widziałem. A sama pizza? Przeciętna. A to wszystko przy głównej, pieszej, wyłożonej zieloną wykładziną(!) ulicy Granville…

Zielona wykładzina na Granville Street

Jeszcze jedno spostrzeżenie. Bardzo spodobała mi się numeracja ulic. Mianowicie to, że pierwsza cyfra w numerze budynku oznacza numer przecznicy. Jest to bardzo przydatne w ocenie odległości, gdzie odległości od skrzyżowań są w miarę równe. Przykładowo, gdy stoję przed budynkiem nr 430, a szukam budynku o numerze 660 przy tej samej ulicy – to wiem, że po drodze minę dwa skrzyżowania, zanim zaczną się budynki od numerach 600-699.

5 lipca 2010. Zielone ulice, wspaniały Stanley Park i wysokie kary za różne przewinienia

Następnego dnia postanowiliśmy pochodzić po Downtown. Tak, pochodzić, bo choć transport publiczny wyglądał dobrze (głównie trolejbusy i autobusy), to wszędzie było blisko. Zaczęliśmy od podziwiania widoków z wieży widokowej Harbour Centre. Ponieważ mieliśmy ograniczony czas na zwiedzanie – zdecydowaliśmy się wyruszyć do Stanley Park. Ruszyliśmy wzdłuż West Georgia Street, najważniejszej ulicy w Downtown oplecionej wieżowcami. Największe wrażenie zrobiła na mnie wszechobecna, zadbana zieleń.

Podwójny szpaler drzew na nieszerokim chodnikuCzłowiek odpoczywa obok fontanny przed budynkiem

Fontanny lub rzeźby przed co drugim budynkiem, a małe drzewka można zobaczyć na tarasach wieżowców.

Wieżowiec z kaskadowo umieszczonymi zielonymi tarasamiRzeźba zbudowana z liter przed jednym z budynków

Zielonymi pnączami oplecione są betonowe parkingi, a ogrody można spotkać nawet na dachach budynków.

Parking opleciony zielonym pnączemOgród na dachu budynku

Gdy dotarliśmy do parku jasne stało się, że nie będziemy w stanie zobaczyć go całego w ciągu jednego dnia. Całość to ponad 400 hektarów (co czyni go większym niż Central Park w Nowym Jorku), 200 kilometrów dróg i ścieżek… Pochodziliśmy zatem po nadbrzeżu, skąd świetnie widać Downtown, rzuciliśmy okiem na latarnię morską Brockton Point, pooglądaliśmy indiańskie słupy totemowe, fantastyczne Vancouver Aquarium (wciąż jestem pod wrażeniem delfinów, zobaczyć to na żywo, to jednak nie to samo, co w TV),  potem z oddali obejrzeliśmy 9 O’Clock Gun (armata wystrzeliwująca codziennie o 21).

Stanley ParkMeduza w Aquarium

Z rzeczy wartych zauważenia są jeszcze dwie rzeczy. Wiewiórki i… ławki. O wiewiórkach wspominam nie dlatego, że są jakieś szczególne, tylko dlatego, że jest ich dużo i sprawiają wrażenie przyzwyczajonych do ludzi (nie uciekają).

Wiewiórka (objada się)

Niezwykłe ławki

Bardzo ciekawe są ławki w parku (zresztą nie tylko w parku). Otóż niemal każda ławka ma sponsora. Są na nich tabliczki z krótkimi tekstami poświęconymi (prawie we wszystkich przypadkach) osobom zmarłym, niektóre utrzymane w zabawnym tonie (przykład: ławka umieszczona na nadbrzeżu, z której jest wspaniały widok – rodzina pisze, że tęskni za uśmiechem Dave’a i życzy mu miłego widoku).

Dave Fieldhouse 1941 - 2001. A loving husband & father. We miss your smile. Enjoy the view! Love, Beany, Bryce & Caley

W ten dzień mieliśmy więcej szczęścia związanego z jedzeniem i wracając nadbrzeżem trafiliśmy do restauracji Crime Lab (polecam Chicken & Chorizo Fettucini – wspaniałe!) przy 100 – 550 Denman Street.

2000$ za nieposprzątanie po psie

Warto wspomnieć jeszcze o jednej ważnej rzeczy. Vancouver jest czyste. Nie widziałem nigdzie żadnego śmiecia. Nigdzie. Potem zrozumiałem dlaczego. Gdzieniegdzie można zobaczyć tabliczki proszące ludzi, by coś robili lub czegoś nie robili. Np. Proszę posprzątać po swoim psie. Żeby nie było tak miło, jeśli ktoś nie chce słuchać takiej prośby ma od razu wypisane, na jaką karę się naraża. A kary są drakońskie. Wyrzucanie śmieci byle gdzie – do 2000$, wpuszczenie swojego psa na plac zabaw dla dzieci – do 2000$, nieposprzątanie po psie – do 2000$, itd. I na każdej tabliczce numer telefonu, gdzie zgłaszać opornych.

6 lipca 2010. Liście odciśnięte w betonie, oryginalny pastor i policja zachęcająca do kradzieży

We wtorek nie było dużo czasu na zwiedzanie bo mieliśmy jechać do Whistler. Zobaczyliśmy więc bibliotekę publiczną, gdzie najciekawszy był… chodnik przed nią. W jednym miejscu pod drzewem w betonowym chodniku wyryte były… odciski liści.

Liście wyryte w betonowym chodniku

I pomyśleć, że ze zwykłego betonowego chodnika można zrobić atrakcję…

Potem zwiedziliśmy jeszcze – mieszczącą się obok naszego hotelu – starą anglikańską katedrę – Christ Church Cathedral, gdzie najciekawszy (patrząc z polskiej perspektywy) był… pastor, a raczej jego wygląd. Z wygoloną na bokach głową i zakolczykowanymi uszami w Polsce nie miałby łatwo.

Pastor

Przed samą podróżą do Whistler dostrzegłem – już z autobusu, który miał nas tam zawieźć – ciekawą tabliczkę na której policja… zachęca do kradzieży aut. No dobra, wyjaśnię o chodzi. Treść tabliczki brzmiała mniej więcej tak: Auta-przynęty są wszędzie. Ukradnij jedno. Idź do więzienia. Ktoś kradnie takie podstawione i obserwowane auto i ma posprzątane.

Po dotarciu do Whistler na specjalnej mozillowej recepcji odebraliśmy identyfikatory, wybraliśmy restaurację na dzień następny i  sobie koszulki w jednym z wielu wzorów.

7-9 lipca 2010. Mozilla Summit

W Whistler szybko straciłem poczucie czasu. Często zapominałem, jaki mamy dzień tygodnia i jaką mamy datę. I to pomimo, że do pokoju hotelowego co rano dostarczana była codzienna prasa. Możliwe, że wszystko przez to, że impreza była rewelacyjnie zorganizowana. Do tej pory z tak dobrą organizacją spotkałem się tylko na 10 urodzinach RMF-u w Zakopanem.

Maskotki

Zadbano o każdy szczegół. Na potrzeby imprezy graficy stworzyli maskotki – różnokolorowe potworki – z wielookie, długie, grube, wąsate, rogate itd. Pojawiały się na koszulkach, na korytarzach hotelu stały ich kartonowe wersje (niektóre nawet wskazywały drogę), pojawiały się na pocztówkach, które codziennie po powrocie z kolacji znajdywaliśmy na poduszce w pokoju hotelowym (codziennie z innym obrazkiem i tekstem), w ostatnim dniu na imprezie pożegnalnej zobaczyliśmy ludzi, którzy byli za nie przebrani.

Wąsaty z trąbkąWielooki reklamuje Science FairElegant z muszką wskazuje drogę

Sala gier

W hotelu jedna sala przeznaczona była wyłącznie na rozrywkę. Tenis stołowy, Wii, gry planszowe m.in. Osadnicy z Catanu i szachy, coś w czym gra się na instrumentach i śpiewa (pojęcia nie mam, jak to coś się zwie) i chyba jeszcze jakaś jedna konsola.

Boskie jedzenie z całego świata

Śniadania i lunch jadaliśmy na tarasie na ostatnim piętrze, z którego był wspaniały widok na góry. Samo jedzenie było jeszcze lepsze. To jest coś co zawsze będę pamiętał z tej imprezy. Na kolację w pierwszy dzień wszyscy wybrali się do takiej restauracji, jakiej chcieli (hinduska Tandoori w moim wypadku), w drugi dzień trzy sale przeznaczono na kuchnie z różnych kontynentów. Mieliśmy do wyboru europejską, amerykańską i azjatycką. Odwiedziłem tylko salę azjatycką (dalej już nie byłem w stanie), udekorowaną w taki sposób, że od razu wiedziałem gdzie wszedłem. Część potraw było przygotowywanych przez kucharzy na miejscu. Stali z rozgrzanymi na ogniu patelniami w sali konferencyjnej… Trzeciego dnia objadaliśmy się na górze Whistler w Roundhouse Restaurant, do której trzeba było się dostać kolejką gondolową.

Keynotes, czyli WebGL i inne rządzą

Nie podejmuję się opisania wszystkiego. Używając wielkiego skrótu można powiedzieć, że najbardziej entuzjastycznie były przyjmowane wszelkiego rodzaju dema pokazywane w wydaniu beta Firefoksa 4, które pojawiło się, specjalnie na tę imprezę. Dobrze odbierane były nowinki z CSS3, SVG, pomysły, jak można to połączyć z <video/> i <audio/> z HTML5, wykorzystać WebGL i sterować slajdami z innego urządzenia dzięki WebSockets. Furorę zrobił film oparty o ww. technologie, w którym mały samolot latał sobie wśród wieżowców, których oświetlenie zmieniało się w zależności od lecącej w tle muzyki, a reklamy tekstowe na budynkach były odczytane w locie z Twittera. Demoscena ma się dobrze.

Science Fair i World Expo

Pomyślano o tym, że ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co widział na prezentacjach albo wcześniej gdzieś czytał. Na hotelowym korytarzu rozstawiono ok. 60 stolików z monitorami, przy których były prezentowane różności (w tym dema opisane wyżej). Nazwano to Science Fair. Można było sobie podejść do takiego stolika i na spokojnie porozmawiać z zaangażowanymi osobami.

World Expo było czymś w rodzaju prezentacji zespołów lokalizacyjnych Mozilli. Przy tych samych stolikach, co Science Fair, tylko kilka godzin później ludzie z całego świata zachwalali swój kraj lub region i zespół. Jako Aviary.pl też mieliśmy swój stolik, ale przyznam – bez jedzenia, picia i jakichś dodatkowych atrakcji ciężko było się przebić 🙂 Hindusi prezentowali swoje potrawy, Belgowie piwo Leffe, u Japończyków w kimonach można było się uczyć pisać w ich języku. Na stoisku Jordanii czekały katalogi przygotowane przez tamtejszą organizację turystyczną, reklamujące ten kraj, Toni z Katalonii uczył nietypowego sposobu picia wina, a na stoisku USA samą atrakcją był prezentujący, długobrody, wytatuowany harleyowiec, zresztą pracownik Mozilli.

Hinduskie potrawyToni z Katalonii pije wino

Następnym razem przygotujemy się lepiej, żeby nie trzeba było odpowiadać na pytania typu A gdzie jest wódka? 😉

Gondolami na imprezę pożegnalną

Ostatnią częścią tegorocznego Mozilla Summit była wspomniana już impreza na górze Whistler w Roundhouse Restaurant. I tutaj znów Mozilla nie zawiodła. Taras ze wspaniałym widokiem na góry, specjalnie przygotowane mozillowe drinki, doskonałe – jak zawsze – jedzenie, dobry DJ i mnóstwo fluorescencyjnych szali, okularów, kapeluszy.

Ja na pożegnalnej imprezie ubrany w specjalne rekwizyty

I ostatecznie impreza przedłużona o godzinę, a potem zjazd gondolami na dół w całkowitych ciemnościach (nie są oświetlone, bo normalnie kursują do 20, a impreza skończyła się ok. 1 w nocy).

10 lipca 2010. Powrót

O powrocie do domu bym nie wspominał, gdyby nie to, że po raz kolejny byłem pod wrażeniem organizacji. Dwa dni przed wyjazdem przy recepcji pojawił się rozkład jazdy autobusów, (które miały nas zabrać prosto na lotnisko), ułożony wg odlatujących samolotów, z podanymi nazwiskami i numerami lotów, mapą świata ze strefami czasowymi, żeby każdy wiedział co, gdzie i kiedy. Przy wsiadaniu do autobusu upewniono się, że nikt nie zaspał po imprezie. Gdy dotarliśmy autobusem na miejsce – dwie osoby z Mozilli już na nas czekały, tylko po to, by wskazać, w którym kierunku terminalu mamy się udać…